niedziela, 19 lutego 2012
Na Mt. Owen
Za 30 min wylatujemy w masyw Mt. Owen. Będziemy tam 7 dni albo dłużej jeśli będzie nielotna pogoda i nie będzie po prostu jak wrócić. 0 netu, 0 telefonu...
Agamemnon Cave
Poniedziałek 13 lutego
spędziliśmy z Amerykanami i Australijczykami w Agamemnon Cave.
Znalezienie otworu zajęło nam sporo czasu, zwłaszcza, że Dave
niekoniecznie umiał zrobić pożytek z posiadanego GPS’a. W końcu
jednak znaleźliśmy wejście na skraju miejscowego buszu.
| Przy wejściu do Agamemnon Cave |
| Podejście |
Agamemnon
Cave została odkryta już dość dawno, jednak dopiero trzy lata
temu Australijczycy odnaleźli w jej górnym piętrze dwa boczne
korytarze, dość wyjątkowe ze względu na liczne gipsowe kryształy
i formy agrawitacyjne. Miejscami ściany pokryte są gęsto
kryształowymi kwiatami i krzewami.
Niejako „na deser”, na samym
końcu nowoodkrytych ciągów, podziwiamy niesamowite, prawie
metrowej długości heliktyty.
Jeśli ktoś kiedyś będzie chciał
się wybrać do tej jaskini to gorąco polecam. Biorąc pod uwagę,
jak te unikatowe boczne ciągi w ciągu zaledwie trzech lat zostały
zdewastowane przez grotołazów, czasu jest niewiele.
W drodze powrotnej przez
jaskinię Mikołaj i Adam wspinali się tu i tam w nadzei na dalsze
znaleziska w górnym piętrze jaskini, jednak niestety wszystkie
boczne korytarze powracały do głównego ciągu. W większości
miejsc, które mogłyby potencjalnie okazać się interesujące,
niezbędna jest już regularna wspinaczka z asekuracją.
Jak to w Blackberry było
W sobotę 11 lutego byliśmy w
Blackberry Cave (Jaskini Jeżynowej), położonej w spokojnym zakątku
farmy przesympatycznych Billa i Dorothy Burnell, przy Troopers Road.
Jaskinia zawdzięcza swoją nazwę temu, iż ukryta jest w gąszczu
jeżyn. Torowanie drogi przez te chaszcze zajęło Mikołajowi i
Johnowi, synowi farmerów, kilka godzin. Jaskinia była ostatnio
odwiedzana 10 lat temu – czasu było aż nadto, żeby porządnie
zarosła. Natomiast w sobotę przeżywała prawdziwy najazd. Dave z
Jimem chcieli zrobić zdjęcia części jaskini nazywanej Ice Cream,
gdzie znaleźć można przepiękne, śnieżno-białe nacieki oraz
mini-jeziorka z kryształami. Sześciu Australijczyków zamierzało
skartować jaskinię, czego nigdy nie uczynili anonimowi odkrywcy. No
i wreszcie my – chcieliśmy zweryfikować możliwość zanurkowania
w Zielonym Jeziorku, odkrytym w najniższym piętrze tej jaskini,
które według entuzjastycznych opisów Philla aż się prosi o
nurka. Czekaliśmy więc w pełnym słońcu na swoją kolej, aż
będzie się dało zaznać jaskiniowego chłodu. W końcu udało się!
Okazało się jednak, że
„zawsze jest inaczej, niż mogło by być”. Jeśli rzeczywiście
chcemy tam zanurkować, to na pewno nie uda się tego zrobić w
najbliższym czasie. Jaskinia prawdopodobnie nigdy nie była
czyszczona. W związku z tym, tylko w sobotę przynajmniej dwie osoby
zostały trafione sporym kamieniem. Żeby było jeszcze ciekawiej,
oporęczowanie założone przez Australijczyków wołało o pomstę
do nieba – naprawdę dawno nie widziałam czegoś takiego. Do
transportu sprzętu nurkowego niezbędne byłoby spitowanie, które,
przynajmniej w pierwszej studni, wydaje się mało realne. Po dwóch
odcinkach linowych dojście do jeziorka prowadzi przez wąski, niski
i mocno zamulony korytarz. Jego kształt oraz zacisk znajdujący się
po drodze właściwie uniemożliwiają transport butli, które udało
nam się zdobyć (80 cf). Potrzebowalibyśmy mniejsze, cztero- lub
sześciolitrowe, a o to łatwo w Nowej Zelandii nie jest.
Przynajmniej jak na razie nie udało się takowych załatwić. Tak
sprawy się miały w sobotę.
Następnego dnia bez
większego przekonania zaczęliśmy transport, jednak szybko
musieliśmy się wycofać. Przy czym Adam został uwięziony na dwie
godziny na dnie studni bez możliwości wyjścia, a Mikołaj stoczył
heroiczną walkę z workiem podwieszonym na linie. Gdy już wszyscy
ochłonęli, zaczęliśmy szukać w okolicznych chaszczach
alternatywnego wejścia do Blackberry, które być może pozwoliłoby
nam na ominięcie części trudności. Przy pomocy lokalnego
wynalazku, przypominającego połączenie kosy z maczetą, po dość
krótkim czasie Adam znalazł ciekawą dziurę, która zaczynała się
sporą studnią. Obudził się w nas wszystkich na nowo zapał
odkrywców i po krótkim czasie zjeżdżałamż około
dwudziestometrową studnią. Na dnie jaskinia kontynuowała się
ciasnym, poziomym meandrem. W rzeczony meander wpakował się zaraz
potem Adam, żeby znaleźć po kolejnych piętnastu metrach miejsce,
gdzie konieczny był kolejny zjazd do dużej sali. Ale w tym momencie
musieliśmy odpuścić - z braku liny. Wstępnie oszacowany układ
korytarzy pozwalał przypuszczać, iż jest to zupełnie inna
jaskinia, a nie część Blackberry i rozentuzjazmowani nadajemy jej
imię Deszczowa, bo w momencie pierwszego zjazdu zaczęło strasznie
lać. Tego samego dnia, przedzierając się przez jeżynisko
znajdujemy w innym miejscu alternatywne dojście do pierwszej studni
w Blackberry, niejako poziom niżej. Nie rozwiązuje to jednak
naszych kłopotów transportowych.
Natomiast Mikołaj z Johnem idąc
w dół jednego ze strumieni znajdują kolejny otwór i studnię, o
średnicy około trzech metrów. Wieczór spędzamy z gospodarzami
farmy Billem, Dorothy i Johnem, których bardzo interesuje co robimy
i co kryje się pod ich farmą. A kryje się naprawdę sporo
ciekawego i zapewne nie tylko Blackberry, ale sporo innych jaskiń.
Właściwie co kilkadziesiąt metrów jest jakiś lej i wszędzie
słychać szemrzącą wodę. Sami właściciele sporo opowiadają
gdzie warto jeszcze zajrzeć, słyszymy też o zapadających się pod
ziemię jabłonkach w sadzie. Sama Blackberry, która dla
Nowozelandczyków nie jest niczym szczególnym, w Polsce uchodziłaby
za unikat i znajdowała zapewne pod ścisłą ochroną ze względu na
niesamowite nacieki.
Poniedziałek spędziliśmy
w Agamemnon Cave z Amerykanami i Australijczykami, natomiast do
nowej, odkrytej w niedzielę koło Blackberry dziury wracamy we
wtorek, i to jedynie dzięki pomocy Australijczków, którzy użyczyli
nam czterdzieści metrów liny i spitownicy (nasza zdematerializowała
się w nieznanych okolicznościach). W Jaskini Deszczowej, w miejscu
gdzie zatrzymaliśmy się dwa dni wcześniej, ciasny i błotnisty
meander otwierał się w sporą salę wysokości około dwudziestu
metrów. Adam przygotował kombinowany zjazd „z natury” i jednego
spita, a pierwszy na linie znalazł się tym razem Mikołaj. Po
zjeździe okazało się jednak, że jest to część Blackberry. W
spągu sali, którą znaleźliśmy, znajdował się ciasny meander,
którego dno znajdowało się pięć metrów niżej. I to właśnie
on, jak do tej pory, był znaną częścią jaskini. Aż trudno
uwierzyć, że nikomu wcześniej nie chciało się po prostu
popatrzeć do góry w tym miejscu, żeby zobaczyć ogromną
przestrzeń otwierającą się nad głową! Trochę rozczarowani
robimy jeszcze pomiary, żegnamy się z gospodarzami i udajemy na
południe. Już w drodze rozważamy powrót na farmę pod koniec
pobytu w Nowej Zelandii, aby sprawdzić studnię którą znalazł
Mikołaj i kilka innych ciekawie zapowiadających się lejów
krasowych.
Gorące Źródła na Campingu i Park Wai-O-Tapu
Kolejnym przystankiem naszej podróży
powinna być Rotorua, miasteczko będące niejako geotermalną
stolicą Nowej Zelandii. Ale szybko mijamy je i udajemy się w
kierunku Wai-O-Tapu, gdzie znajduje się park geotermalny, ze
ścieżkami wytyczonymi między gejzerami, zapadliskami, jeziorkami,
strumykami, tarasami i plumkającymi błotem leśnymi oczkami. To
czeka nas jednak dopiero następnego dnia, a tymczasem
niespodziewanie dla Lucy i Mikołaja skręcamy w gruntową drogę i
po trzech kilometrach docieramy do Kerosene Creek – płynącego
leśnym parowem geotermalnego strumyka. Po przejściu kilkuset
metrów dochodzimy do niewielkiego wodospadu. Naprawdę urokliwe
miejsce, nieznane turystom, a warte odwiedzenia. Luca bawi się w
nimfę wodną bujając się na konarze nad wodospadem, a Mikołaj
zażywa kąpieli w jeziorku pod nim. Sielanka…
Wieczorem docieramy do znanego mi już
w z wcześniejszej wizyty kempingu, którego główną atrakcją jest
basen z wodą z gorących źródeł oraz otaczające go inne mniejsze
i większe zbiorniki pochowane wśród zieleni. Przesiedzimy tu w
ciepłej wodzie kilka godzin podczas dwudniowego pobytu! Piękne
widoki, tafla parującej wody zlewa się z linią horyzontu, na myśl
przychodzą nam skojarzenia z luksusowymi hotelami na Bali.
Następnego dnia poświęcamy kilka
godzin na zwiedzanie wspomnianego już parku geotermalnego
Wai-O-Tapu. Większość czasu pochłania nam kręcenie ujęć
filmowych i pstrykanie zdjęć, wszyscy mamy nadzieję, że uda się
z tego zmontować ciekawy materiał. Cztery lata wcześniej
zwiedzałem to miejsce w padającym deszczu, w niezwykle pochmurny
dzień, w słońcu wygląda to zgoła inaczej. Pomarańcz przeplata
się z czerwienią, zieleń z błękitem, żółć z beżem.
Powierzchnia kolorowych jeziorek buzuje od bąbelków dwutlenku
węgla, woń siarkowodoru drażni nozdrza, a chowające się niekiedy
za chmurami słońce co i raz wydobywa z otoczenia nowe barwy.
Nieopodal znajdują się też błotne jeziorko, które wprawiło w
zachwyt Mikołaja – co i raz strzela w górę błotnymi pociskami,
a w innych miejscach na powierzchni tworzą się wielkie błotne
bąble. Lepiej nawet nie myśleć o tym co by się stało, gdyby ktoś
wpadł do tej kipieli…
Wieczór spędzamy oczywiście na
kampingu, długo mocząc się i relaksując a to w jednym, a to w
drugim basenie, kontemplując ostatnie przebłyski zachodzącego
słońca. Przyjemność przerywa nam dziewczyna z obsługi,
odkręcając zawór spustowy w naszej niecce. Twardo trwamy na
miejscu, Mikołaj próbuje nawet zaczopować odpływ swoimi czterema
literami. Niestety, w końcu musimy się poddać. I tak wrócimy tu
rano!
Chatka ASG na końcu świata
W piątek 10 lutego
wieczorem, dotarliśmy do chaty Auckland Speleo Gropup w rejonie
jaskiniowym Waitomo. Czas stopniowo zaczął zwalniać, aż w końcu
stanął na dobre. Przez pierwsze dwa dni mieszkał z nami Phill i
dwaj Amerykanie: Dave Bunnell (znany fotograf jaskiniowy) i Jim. A
potem nie było już nikogo oprócz nas.
| Widoczek z chaty ASG |
Jest tutaj wszystko co potrzeba a najważniejsze, że nie ma telefonów i netu. A przynajmniej są bardzo trudno dostępne. Osobiście kusi mnie bardzo żaby pobyć w takim miejscu kilka tygodni a nie tylko jeden.
| Cichy, leniwy dzień na "twórczość własną" ;-) |
| Nocne niebo nas Waitomo |
środa, 15 lutego 2012
wtorek, 14 lutego 2012
(prawie)nigdzie nie ma netu
| 20m studnia |
Mam 5 min, więc telegraficzny skrót.
Jesteśmy w Waitomo. Znalezliśmy nową jaskinię.
Możliwe, że dwie. Nie są zbyt duże póki co, ale zawsze coś(jedna z nich zaczyna się 20m studnią).
Po wyjeździe od Phila byliśmy jeszcze w Whai-o-tapu (krajobrazowy park wulkaniczny), Waikite(gorace źródła).
W końcu wylądowaliśmy w chacie Auckland Speleo Group.
Wczoraj, wspólnie z Australijczykami byliśy w jaskini Agamemnon.
Kończę bo jedziemy dalej działać w naszym nowym znalezisku.
Napiszemy więcej jak minie nam gorączką odkrywców i znajdziemy jakieś miejsce z WIFI.
Poniżej widok z chaty ASG.
wtorek, 7 lutego 2012
W wolnej chwili
w wolnej chwili from miko on Vimeo.
+ obiecany film z nurkowania(raczej jego skrawek)Goat Island Scuba Diving RAW/UNCUT from miko on Vimeo.
O podróży zachodnim wybrzeżem i o polowaniu na dzikiego zwierza słów kilka
Dni zaczynają nam się zlewać, czas postanowił iść swoim tempem, o popatrywaniu na zegarki dawno już zapomnieliśmy (co bywa zgubne :). Przesuwamy się powoli na dół mapy, spędzamy mało emocjonującą noc na campingu w Waipapakauri Ramp nad Morzem Tasmana, ostatniej na południe miejscowości, w której można wjechać na Ninety Miles Beach. Jest to dziwna plaża – o ile w innych takich miejscach na świecie stoją zwykle tablice ostrzegające o tym i o owym, tutaj jedynym znakiem było… ograniczenie prędkości do 100 km/h. Plażą można bowiem przejechać niemal na Cape Reigna! Czasem się to jedna nie udaje, zwłaszcza, gdy auto zabierze przypływ. My nawet nie próbowaliśmy wjechać na mokry piach – ubezpieczenie wypożyczonych samochodów zwykle nie obejmuje tej „trasy”.
W drodze na południe przepływamy promem rozlewiska Waihou River i minąwszy mocno historyczne miasteczka dojeżdżamy do ujścia rzeki do Morza Tasmana. Trafiamy na dość ładną pogodę, więc kontemplujemy widoki na olbrzymią wydmę na drugim brzegu , turkusowe wody i granatowe niebo (lub czytamy książkę, jak czyni to przy każdej okazji Mikołaj).
Jadąc dalej drogą nr 12 dojeżdzamy do Waipoua Forest – miejsca zamieszkania najstarszego drzewa Kauri w całej Nowej Zelandii – Tane Mahuta Giant Kauri. „Drzewko”, nazywane też z angielska „Lord of the Forest”, przekracza 50 metrów wysokości i 14 metrów obwodu pnia i jest niemalże rówieśnikiem Chrystusa, bowiem jego wiek szacuje się ostrożnie na 2000 lat. Jak to ujęła Lucyna: „- Jest wydżebiste, ma power’a”.
Na wieczór trafiamy na zarządzany przez Departament of Conservation (w skrócie: DoC) leśny kemping sąsiadujący przez płot z rezerwatem drzew Kauri - Trounson Kauri Park. Po zjedzeniu kolacji, gdy zrobiło się ciemno, udajemy się do buszu… polować na Kiwi!! Jest to bowiem jedno z nielicznych niestety miejsc w Kraju Długiej, Białej Chmury, gdzie to sympatyczne ptasię można (przy sporej dozie szczęścia) spotkać. Po czterech godzinach spędzonych a to na siedzeniu w całkowitej ciszy i ciemnościach, a to skradania się tu i tam, a to wreszcie po nakręceniu filmu z wielkim, tłustym węgorzem w roli głównej, opuszczamy park. Upieram się jednak, żeby na nasz kemping nie wracać drogą samochodową, ale na skróty, ścieżką przez busz. Idziemy szybko, używając już pełnej mocy latarek (wcześniej używaliśmy jedynie czerwonej latarki Mikołaja lub szliśmy w ciemnościach), gdy nagle po prawej stronie ścieżki słyszymy hałas, tupanie i szelest liści. Dostrzegamy z Lucyną znikający w gęstwinie kuper Kiwi! Po kilkudziesięciu minutach wspólnej gimnastyki w zaroślach, kiedy to staraliśmy się odnaleźć „zgubę” i jednocześnie nie zgubić drogi powrotnej, dysponujemy dokumentacją dowodową, potwierdzającą spotkanie trzeciego stopnia! Na pikslach matrycy utrwalone zostało sympatyczne ptaszysko, sfotografowane z odległości metra! Adrenalina zrobiła swoje – rączki trzęsły mi się jeszcze przez blisko godzinę. Dość powiedzieć, że większość Kiwusów nie widziała tego ptaka przez całe życie, nam udało się go odnaleźć (i sfotografować!) już podczas pierwszego „polowania”. Po drugiej w nocy idziemy spać szczęśliwi :)
TATATATAM!!:
W niedzielę po południu dotarliśmy do miejscowości Leigh na Cape Rodney na wschodnim wybrzeżu, gdzie znajduje się rezerwat (pod)morski Goat Island – płytko, czysta woda, rybki itd. Miałem nadzieję na niedzielne nurkowanie, żeby przetestować nasze uprzęże sidemount’owe przed nurkowaniem(-ami) w jaskini, ale towarzystwo odmówiło (tradycyjnie) dalszej aktywności – Luca na trawie, Mikołaj w hamaku :/ Cóż, czas chyba zacząć akceptować ten stan rzeczy, na „napieraczy” tym razem nie trafiło.
Ostatecznie udało się wreszcie zanurkować przy Goat Island w poniedziałek po południu - wizura żadna (wieje, więc pogoda sztormowa), nurek płytki, konfiguracja boczna niezbyt komfortowa jak na pierwszy raz. Ale i tak sobie nieco poćwiczyliśmy z Lucą, a Miko filmował, jak zwykle stojąc na głowie.
Pod wieczór przemieściliśmy się z powrotem do Beachlands do Phill'a, którego witaliśmy niemal jak ojca. Home, sweet home… Czas spać...
W drodze na południe przepływamy promem rozlewiska Waihou River i minąwszy mocno historyczne miasteczka dojeżdżamy do ujścia rzeki do Morza Tasmana. Trafiamy na dość ładną pogodę, więc kontemplujemy widoki na olbrzymią wydmę na drugim brzegu , turkusowe wody i granatowe niebo (lub czytamy książkę, jak czyni to przy każdej okazji Mikołaj).
Jadąc dalej drogą nr 12 dojeżdzamy do Waipoua Forest – miejsca zamieszkania najstarszego drzewa Kauri w całej Nowej Zelandii – Tane Mahuta Giant Kauri. „Drzewko”, nazywane też z angielska „Lord of the Forest”, przekracza 50 metrów wysokości i 14 metrów obwodu pnia i jest niemalże rówieśnikiem Chrystusa, bowiem jego wiek szacuje się ostrożnie na 2000 lat. Jak to ujęła Lucyna: „- Jest wydżebiste, ma power’a”.
Na wieczór trafiamy na zarządzany przez Departament of Conservation (w skrócie: DoC) leśny kemping sąsiadujący przez płot z rezerwatem drzew Kauri - Trounson Kauri Park. Po zjedzeniu kolacji, gdy zrobiło się ciemno, udajemy się do buszu… polować na Kiwi!! Jest to bowiem jedno z nielicznych niestety miejsc w Kraju Długiej, Białej Chmury, gdzie to sympatyczne ptasię można (przy sporej dozie szczęścia) spotkać. Po czterech godzinach spędzonych a to na siedzeniu w całkowitej ciszy i ciemnościach, a to skradania się tu i tam, a to wreszcie po nakręceniu filmu z wielkim, tłustym węgorzem w roli głównej, opuszczamy park. Upieram się jednak, żeby na nasz kemping nie wracać drogą samochodową, ale na skróty, ścieżką przez busz. Idziemy szybko, używając już pełnej mocy latarek (wcześniej używaliśmy jedynie czerwonej latarki Mikołaja lub szliśmy w ciemnościach), gdy nagle po prawej stronie ścieżki słyszymy hałas, tupanie i szelest liści. Dostrzegamy z Lucyną znikający w gęstwinie kuper Kiwi! Po kilkudziesięciu minutach wspólnej gimnastyki w zaroślach, kiedy to staraliśmy się odnaleźć „zgubę” i jednocześnie nie zgubić drogi powrotnej, dysponujemy dokumentacją dowodową, potwierdzającą spotkanie trzeciego stopnia! Na pikslach matrycy utrwalone zostało sympatyczne ptaszysko, sfotografowane z odległości metra! Adrenalina zrobiła swoje – rączki trzęsły mi się jeszcze przez blisko godzinę. Dość powiedzieć, że większość Kiwusów nie widziała tego ptaka przez całe życie, nam udało się go odnaleźć (i sfotografować!) już podczas pierwszego „polowania”. Po drugiej w nocy idziemy spać szczęśliwi :)
TATATATAM!!:
W niedzielę po południu dotarliśmy do miejscowości Leigh na Cape Rodney na wschodnim wybrzeżu, gdzie znajduje się rezerwat (pod)morski Goat Island – płytko, czysta woda, rybki itd. Miałem nadzieję na niedzielne nurkowanie, żeby przetestować nasze uprzęże sidemount’owe przed nurkowaniem(-ami) w jaskini, ale towarzystwo odmówiło (tradycyjnie) dalszej aktywności – Luca na trawie, Mikołaj w hamaku :/ Cóż, czas chyba zacząć akceptować ten stan rzeczy, na „napieraczy” tym razem nie trafiło.
Ostatecznie udało się wreszcie zanurkować przy Goat Island w poniedziałek po południu - wizura żadna (wieje, więc pogoda sztormowa), nurek płytki, konfiguracja boczna niezbyt komfortowa jak na pierwszy raz. Ale i tak sobie nieco poćwiczyliśmy z Lucą, a Miko filmował, jak zwykle stojąc na głowie.
Pod wieczór przemieściliśmy się z powrotem do Beachlands do Phill'a, którego witaliśmy niemal jak ojca. Home, sweet home… Czas spać...
sobota, 4 lutego 2012
Te Rerenga Wairua czyli "Skąd Dusze Odchodzą do Domu"
Dzisiejszy dzień spędziliśmy w zaiste magicznym miejscu - na samym północnym czubku Nowej Zelandii. To wyjątkowe miejsce dla Maori i wcale mnie to nie dziwi... tutaj po prostu wisi coś niezwykłego w powietrzu...
Dzień wcześniej zajechaliśmy akurat trafiając na zachód słońca. Chyba miało tak być... Pozwolicie, że pozostawię to bez komentarza... nam zamknęły się totalnie gadaczki na jakąś godzinę co najmniej ;-)
Zabiwakowaliśmy na plaży w Tapatupotu Bay, gdzie jak się okazuje jest całkiem przyzwoity camping... koniec świata i to dosłownie ,a czyste kibelki z papierem toaletowym jakby były tutaj oczywistością!!! A opłaty?... samoobsługa - jest po prostu zainstalowana odpowiednia skrzyneczka, która przyjmuje kasę i oczywiście wszyscy to robią. Tutaj normalka... w Polsce nie do pomyślenia.
Rano zwlekliśmy się niespiesznie. Mnie udało się nawet popływać w Pacyfiku i poganiać z falami. No i jeszcze ostatni rzut oka na drzewko, pod którym rozbiliśmy namiot.
Wróciliśmy jeszcze raz na Cape Reinga, przez Maori nazywany Te Rerenga Wairua, czyli w wolnym tłumaczeniu 'miejsce skąd dusze zmarłych odchodzą do domu' - Hawaiki. Maori wierzą, że dusze schodzą do podziemnego świata po stopniach utworzonych z korzeni świętego dla Maori, ponad 800 letniego drzewa, które rośnie na skale. Samo drzewo widać z dość daleka i nie dopuszcza się tam tzw. turystów - raczej zrozumiałe ;-) Co ciekawe, podobno akurat to drzewo nigdy nie kwitło...
| Wierzcie mi na słowo - to drzewo jest tutaj w postaci kropki na ostatniej skale po prawej stronie ;) |
Na Cape Reinga spotykają się też dwie ogromne masy wody - Morza Tasmana i Pacyfiku. W tym miejscu ścierające się fale dają niezwykły popis ogromu żywiołu wody... Dla Maori to symboliczne spotkanie i odwieczne ścieranie się energii kobiecej i męskiej. Cóż... trudno o trafniejszą metaforę :-)
![]() | ||
| Źródło: http://en.wikipedia.org/wiki/File:Meeting_point_of_Tasman_Sea_and_Pacific_Ocean.jpg |
Etykiety:
[Cape Reinga],
[Morze Tasmana],
[Tapatupotu Bay],
[Te Rerenga Wairua],
Maori,
Nowa Zelandia,
Pacyfik,
Wyspa Północna
Lokalizacja:
Cape Reinga Rd, Cape Reinga 0484, Nowa Zelandia
piątek, 3 lutego 2012
Poor Knights, poor cave divers...
No i wreszcie obiecany przez Mikołaja post!

Ostatnie wtorek i środa upłynęły nam pod znakiem nurkowań na Poor Knights Islands, położonych ok. 12 mil morskich na wschód od wybrzeża, miejscówce uchodzącej za jedno z „Top 10” miejsc nurkowych na świecie. Myliłby się jednak ten, kto wyobraża nas sobie wśród rybek, muren, raj i innych takich (choć doświadczyliśmy oczywiście takich widoków, szczególnie zaś Mikołaj: „ ̶ Eeee, przereklamowane, w Egipcie jest dużo fajniej…”).
Ja (AW) z LC ulegliśmy natomiast czarowi tamtejszych podwodnych jaskiń pochodzenia wulkanicznego. Więc Ci, którzy marudzili, że się obijamy i nie byliśmy jeszcze w żadnej dziurze, powinni być ukontentowani. Jaskiń odwiedziliśmy łącznie sześć, z czego dwie w pełni zasługują na to miano, ponieważ od pewnego momentu traciliśmy w nich całkowicie kontakt ze światłem z zewnątrz. W jednej z nich, około 130-metrowej długości, noszącej miano Stirling Cave (lub, co nam bardziej pasuje ̶ Scary Cave), przeżyliśmy przygodę, która przy nieco mniejszym doświadczeniu podwodno-jaskiniowym i braku opanowania z pewnością zakończyłaby się w bardzo smutny sposób. Próbując przy całkowicie zerowej wizurze wyplątać z poręczówki kamerę i jakoś się odnaleźć w trójwymiarowej przestrzeni, obydwoje z Lucą śmialiśmy się w duchu, że przylecieliśmy na drugą półkulę tylko po to, żeby na samym początku wyprawy zakończyć żywot w jakiejś „marnej” (acz bardzo ładnej) oceanicznej dziurze. Ostatecznie wybrnęliśmy i mamy teraz co wspominać. Jak się okazało, występująca w głębszych partiach tutejszych dziur haloklina oraz duże pokłady solno-mulasto-piaszczystych osadów stanowią wielkie zagrożenie dla płetwonurków. Poruszanie się tam bez poręczowania byłoby po prostu próbą samobójczą.

Ale jedźmy dalej. Bardzo ciekawa jest także inna jaskinia, dość zresztą znana – Taravana. Jest to system dwuotworowy, umożliwiający pokonanie ok. 300-metrowego trawersu, z ewentualnymi „skokami na boki”. Otwór przez który wpływaliśmy do środka jest ogromny, można w przybliżeniu przyjąć, że ma wysokość blisko 20 metrów, i tyleż szerokości. Niestety, próbując samodzielnego poręczowania w połowie wysokości (a raczej głębokości) jaskini, a nie wiedząc z jakim ogromem mamy do czynienia (dość słaba wizura nie pozwalała na realną ocenę), musieliśmy zawrócić po niecałych 100 metrach. Podjęliśmy jeszcze próbę zejścia na samo dno i zygzakując znaleźliśmy poręczówkę wykorzystywaną wcześniej do kartowania przez Jamie’go (Dive Tech NZ). Popłynęliśmy zatem jeszcze raz w głąb jaskini przy samym dnie, czyli na ok. 35 metrach, jednak po pokonaniu dystansu ok. 120 metrów , niemal w połowie „trawersu”, rozsądek i dojście do rezerwy gazu kazały nam zawrócić. Jak się okazało, decyzja była nad wyraz słuszna – musieliśmy bowiem płynąć do wyjścia pod dość silny prąd, prawie niewyczuwalny przy wpływaniu do środka. Powrót zajął nam zatem nieco więcej czasu. Łącznie zrobiliśmy więc w tej jaskini około 440 metrów, znacznie więcej, niż ma sam trawers. Cóż… :)

Co więcej można napisać o tych dwóch dniach spędzonych na Poor Knights? Na pewno było bardzo przyjemnie. Kevin (właściciel łodzi Mazurka - OceanBlue Adventures) i jego żona zadbali o dobre lokalizacje nurkowe i o dobre jedzenie ;) Pływanie między różnymi malowniczymi zatoczkami i wreszcie nocleg na kotwicy (przed zaśnięciem zrobiliśmy jeszcze we dwóch z Mikołajem nurkowanie nocne, reszta towarzystwa „zleszczyła”) dopełniają obrazu sielanki. A dzięki Jamie’mu, który pożyczył nam twinsety i butle boczne z gazami dekompresyjnymi, normalnie niedostępnymi w Tutukaka czy bliższej okolicy, mogliśmy zanurkować z Lucą tam, gdzie „rekreacyjni” nie mają szansy dotrzeć.
Warto też wspomnieć, że ręce nas świerzbiły do wspinaczki na wysokich klifach. Jest to jednak dość drogi sport – wspinanie tutaj kosztuje 10.000 NZ$ (czyli ok. 28.000 PLN)… kary.
Nie da się ukryć, smutno było wyokrętowywać się w porcie w Tutukaka. Ale czas ruszyć na samą północ!
Nie da się ukryć, smutno było wyokrętowywać się w porcie w Tutukaka. Ale czas ruszyć na samą północ!
Etykiety:
[cave diving],
[OceanBlue Adventures],
[Tech Dive NZ],
jaskinie,
jaskiniowe,
Mazurka,
Nowa Zelandia,
nurkowanie,
Pacyfik,
Poor Knights Islands,
Taravana Cave,
top 10,
Wyspa Północna
środa, 1 lutego 2012
Wróciliśmy właśnie z nurkowania na Poor Knights Islands. Było nieźle. Adam napisze jutro więcej, bo musimy się zwijać z restauracji, gdzie siedzimy od ponad 2 godzin zamówiwszy frytki i kawę :)
Tak na gorąco: powyżej - pęknięta soczewka mojej obudowy do nurkowania. Zorientowałem się, że będzie katastrofa na 20 m. Oczywiście lepiej stracić nurka, niż kamerę, więc stosując się do wszelkich zasad wynurzyłem się czym prędzej :) Soczewka made in germany!!! Podobno...
Poniżej widać jak wygląda człowiek po nurkowaniu. Pełnia szczęścia:)
Jutro będzie więcej, daję słowo.
Etykiety:
[cave diving],
[OceanBlue Adventures],
[Tech Dive NZ],
jaskinie,
jaskiniowe,
Mazurka,
Nowa Zelandia,
nurkowanie,
Pacyfik,
Poor Knights Islands,
Taravana Cave,
top 10,
Wyspa Północna
poniedziałek, 30 stycznia 2012
Patronat portalu Nasza Nowa Zelandia
nasza wyprawa została objęta patronatem portalu Nasza Nowa Zelandia :-)
Pozdrowienia dla opiekuna portalu pana Rafała
i wszystkich miłosników kraju długiej, białej chmury!
Śniadanko?
Lucy i Miko jeszcze smacznie spali, więc wymknąłem się dziś prawie niepostrzeżenie do Mariny. Zasiadłem jak basza w restauracjo-barze Schnappa Rock i spożyłem "wyczesane" śniadanie:

Ogłaszam konkurs: co to właściwie było?? W nagrodę zafunduję zwycięzcy takie samo danie w tej samej restauracji (koszt transportu na miejsce pokrywa zwycięzca!).
Wpadłem też na chwilę do portu rzucić okiem na naszą łódź. Niestety nie spotkałem tam nikogo. A już jutro rano wypływamy Mazurką na dwudniowy rejs na Poor Knigts Islands! Mam nadzieję, że będzie po prostu bosko!
Ogłaszam konkurs: co to właściwie było?? W nagrodę zafunduję zwycięzcy takie samo danie w tej samej restauracji (koszt transportu na miejsce pokrywa zwycięzca!).
Wpadłem też na chwilę do portu rzucić okiem na naszą łódź. Niestety nie spotkałem tam nikogo. A już jutro rano wypływamy Mazurką na dwudniowy rejs na Poor Knigts Islands! Mam nadzieję, że będzie po prostu bosko!
Niedziela pod wodą!
Wreszcie Miko zaadoptował się do tutejszych warunków i zaczął chodzić na głowie. Tak jest znacznie łatwiej!
Po wczesnym śniadaniu zjedzonym koło 13-tej pojechaliśmy do mariny nabić nasze butle i dalej zanurkować testowo z brzegu z plaży w Matapouri. Sprawnie skręciliśmy sprzęt i już o godzinie 17:30 znaleźliśmy się w wodzie. Po 15 minutach pływania nad piaskiem osiągnęliśmy przybrzeżne skały i zaczęliśmy szukać tutejszych stworzeń i stworów.
Wyniki naszych dzisiejszych "łowów" to: 2-metrowa murena (jak to jest przepłynąć tuż nad takim kolosem i go nawet nie zauważyć Miki? :)), ośmiornica, multi-multi-nożny krab, i wreszcie raja! Ale jaka? - dyskusje trwają. Wg Mel był to Stingray (ale wg nas było to dużo większe niż największy Sting), według nas któraś z odmian Eagle ray. Zresztą nieważna co to było, jak tylko się ta raja poruszyła, to ja natychmiast oddaliłem się w przeciwną stronę. Dla tych, którzy nie mogą sobie wyobrazić, jak toto wygląda, foto Stingray'a:

(źródło: http://en.wikipedia.org/wiki/File:Dasyatis_americana_bonaire.jpg) Zdjęcie z internetu, bowiem nie mieliśmy jeszcze kamery, testowaliśmy na razie obudowy na wodoszczelność.
Pod koniec nurkowania wyważaliśmy się i trymowaliśmy, ale to jeszcze nie ideał. Nurkowanie podniosło zdecydowanie poziom endorfin u wszystkich, a szczególnie u Lucy:
Jeszcze na tym wyjeździe nie poszliśmy wszyscy tak zgodnie spać :)
niedziela, 29 stycznia 2012
TUTUKAKA obok KUKUPA
W sobotę wieczorem dotarliśmy wreszcie do miejscowości Tutukaka. Jest to w zasadzie miejscowość przy sporej marinie, skąd wypływają łodzie z nurkami na Poor Knights Islands. Znaleźliśmy "naszą" łódź, o polsko brzmiącej nazwie "Mazurka", a tam Mel - żonę Jamiego, jedynego instruktora jaskiniowego w Nowej Zelandii i jednocześnie właściciela firmy Tech Dive NZ. Mel przekazała nam zamówione kilka tygodni wcześniej butle i balast. Możemy więc zacząć myśleć o nurkowaniu!
Zakotwiczyliśmy na campingu, rozbiliśmy nasz 3-osobowy namiot, który okazał się być 2-osobowym, stąd Miko wylądował najpierw w hamaku na płocie, a potem w bagażniku auta.
A rano... a rano nie mogliśmy wstać!! :)
WODOSPAD WHANGAREI (OTUIHAU)
Wczoraj (czyli w tutejszą sobotę) w drodze do Tutukaka zboczyliśmy nieco w bok (jakieś 100 metrów), żeby obejrzeć wodospad Whangarei. To co pierwsze rzuciło nam się w oczy, to mnóstwo młodych Maorysów a to zalegających na trawie, a to kąpiących się w niecce przed wodospadem, a to jeżdżących na deskorolkach, itp. itd. Ja osobiście takiego skupiska autochtonów nie widziałem w Nowej Zelandii nigdy. Niestety, obserwacjom towarzyszyły raczej smutne odczucia - widać było, że "coś jest nie tak" z ich sytuacją życiową. Niestety, Maorysi zostali zmarginalizowani przez białych, najczęściej można ich spotkać na stacji benzynowej, czy w supermarkecie.
Sam wodospad jest dość urokliwy, rzeka wypływająca z poziomu dolnego jeziorka znika w buszu. Magmowe skały tworzą przeróżne zaskakujące formy, np. idealnie sześciokątnych słupów. Miko próbował kręcić jakieś ujęcia mamrocząc pod nosem przekleństwa pod kątem "nieostrzącego" obiektywu, Luca zaległa gdzieś na trawie, jednym słowem - laba na całego.
sobota, 28 stycznia 2012
piątek, 27 stycznia 2012
Żar z nieba leje się
Jak widać pogoda dopisuje :) Nowa Zelandia pokazuje swoje prawdziwe oblicze.
Między innymi z tego powodu nie ruszyliśmy jeszcze dalej. Do tego jakiś problem z pożyczeniem butli nurkowych (Adam od rana marudzi).
Postanowiłem wykorzystać tą niespodziewaną okazję do nabrania sił :) Tak, przyznaję się, przeleciałem 17338 km żeby spać w ciągu dnia. Koło 15-tej naszego czasu, czyli u Was w środku nocy, zaczęły mnie męczyć wyrzuty sumienia. Ruszyłem więc upolować fotę na bloga.
Przydługie wystąpienie zakończę zdjęciem jedynych butów, które wziąłem ze sobą.
Są mokre i cuchną.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





