Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowa Zelandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowa Zelandia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 marca 2012

Miły spacerek pod wulkan Ruapehu

No i jesteśmy w Parku Narodowym Tongariro. Wczoraj potwornie lało ale na szczęście dzisiaj zaskoczyła nas dobra pogoda, mimo, że prognozy nadal były kiepskie. Okazało się, że wyżej padał śnieg, co dla tego rejonu jest totalną anomalią o tej porze roku. Przez jakiś czas nawet była zamknięta droga, którą chcieliśmy podjechać pod wulkan wiec wybraliśmy się z buta.

Widok na wulkan Ruapehu

 Widoki zapierały dech w piersiach więc przemieszczaliśmy się niespiesznie robiąc sporo zdjęć. Aż w końcu pofarciło nam się i ktoś zrobił zdjęcie nam.

W tle wulkan Ngauruhoe



niedziela, 19 lutego 2012

Na Mt. Owen

Za 30 min wylatujemy w masyw Mt. Owen. Będziemy tam 7 dni albo dłużej jeśli będzie nielotna pogoda i nie będzie po prostu jak wrócić. 0 netu, 0 telefonu...

sobota, 4 lutego 2012

Te Rerenga Wairua czyli "Skąd Dusze Odchodzą do Domu"

Dzisiejszy dzień spędziliśmy w zaiste magicznym miejscu - na samym północnym czubku Nowej Zelandii. To wyjątkowe miejsce dla Maori i wcale mnie to nie dziwi... tutaj po prostu wisi coś niezwykłego w powietrzu...

Dzień wcześniej zajechaliśmy akurat trafiając na zachód słońca. Chyba miało tak być... Pozwolicie, że pozostawię to bez komentarza... nam zamknęły się totalnie gadaczki na jakąś godzinę co najmniej ;-)


Zabiwakowaliśmy na plaży w Tapatupotu Bay, gdzie jak się okazuje jest całkiem przyzwoity camping... koniec świata i to dosłownie ,a czyste kibelki z papierem toaletowym jakby były tutaj oczywistością!!! A opłaty?... samoobsługa - jest po prostu zainstalowana odpowiednia skrzyneczka, która przyjmuje kasę i oczywiście wszyscy to robią. Tutaj normalka... w Polsce nie do pomyślenia.
Rano zwlekliśmy się niespiesznie. Mnie udało się nawet popływać w Pacyfiku i poganiać z falami. No i jeszcze ostatni rzut oka na drzewko, pod którym rozbiliśmy namiot.


Wróciliśmy jeszcze raz na Cape Reinga, przez Maori nazywany Te Rerenga Wairua, czyli w wolnym tłumaczeniu 'miejsce skąd dusze zmarłych odchodzą do domu' - Hawaiki. Maori wierzą, że dusze schodzą do podziemnego świata po stopniach utworzonych z korzeni świętego dla Maori, ponad 800 letniego drzewa, które rośnie na skale. Samo drzewo widać z dość daleka i nie dopuszcza się tam tzw. turystów - raczej zrozumiałe ;-) Co ciekawe, podobno akurat to drzewo nigdy nie kwitło...

Wierzcie mi na słowo - to drzewo jest tutaj w postaci kropki na ostatniej skale po prawej stronie ;)
Na Cape Reinga spotykają się też dwie ogromne masy wody - Morza Tasmana i Pacyfiku. W tym miejscu ścierające się fale dają niezwykły popis ogromu żywiołu wody... Dla Maori to symboliczne spotkanie i odwieczne ścieranie się energii kobiecej i męskiej. Cóż... trudno o trafniejszą metaforę :-)
Źródło: http://en.wikipedia.org/wiki/File:Meeting_point_of_Tasman_Sea_and_Pacific_Ocean.jpg


piątek, 3 lutego 2012

Poor Knights, poor cave divers...

 
 
No i wreszcie obiecany przez Mikołaja post!


Ostatnie wtorek i środa upłynęły nam pod znakiem nurkowań na Poor Knights Islands, położonych ok. 12 mil morskich na wschód od wybrzeża, miejscówce uchodzącej za jedno z „Top 10” miejsc nurkowych na świecie. Myliłby się jednak ten, kto wyobraża nas sobie wśród rybek, muren, raj i innych takich (choć doświadczyliśmy oczywiście takich widoków, szczególnie zaś Mikołaj: „ ̶ Eeee, przereklamowane, w Egipcie jest dużo fajniej…”).
Ja (AW) z LC ulegliśmy natomiast czarowi tamtejszych podwodnych jaskiń pochodzenia wulkanicznego. Więc Ci, którzy marudzili, że się obijamy i nie byliśmy jeszcze w żadnej dziurze, powinni być ukontentowani. Jaskiń odwiedziliśmy łącznie sześć, z czego dwie w pełni zasługują na to miano, ponieważ od pewnego momentu traciliśmy w nich całkowicie kontakt ze światłem z zewnątrz. W jednej z nich, około 130-metrowej długości, noszącej miano Stirling Cave (lub, co nam bardziej pasuje ̶ Scary Cave), przeżyliśmy przygodę, która przy nieco mniejszym doświadczeniu podwodno-jaskiniowym i braku opanowania z pewnością zakończyłaby się w bardzo smutny sposób. Próbując przy całkowicie zerowej wizurze wyplątać z poręczówki kamerę i jakoś się odnaleźć w trójwymiarowej przestrzeni, obydwoje z Lucą śmialiśmy się w duchu, że przylecieliśmy na drugą półkulę tylko po to, żeby na samym początku wyprawy zakończyć żywot w jakiejś „marnej” (acz bardzo ładnej) oceanicznej dziurze. Ostatecznie wybrnęliśmy i mamy teraz co wspominać. Jak się okazało, występująca w głębszych partiach tutejszych dziur haloklina oraz duże pokłady solno-mulasto-piaszczystych osadów stanowią wielkie zagrożenie dla płetwonurków. Poruszanie się tam bez poręczowania byłoby po prostu próbą samobójczą.
Ale jedźmy dalej. Bardzo ciekawa jest także inna jaskinia, dość zresztą znana – Taravana. Jest to system dwuotworowy, umożliwiający pokonanie ok. 300-metrowego trawersu, z ewentualnymi „skokami na boki”. Otwór przez który wpływaliśmy do środka jest ogromny, można w przybliżeniu przyjąć, że ma wysokość blisko 20 metrów, i tyleż szerokości. Niestety, próbując samodzielnego poręczowania w połowie wysokości (a raczej głębokości) jaskini, a nie wiedząc z jakim ogromem mamy do czynienia (dość słaba wizura nie pozwalała na realną ocenę), musieliśmy zawrócić po niecałych 100 metrach. Podjęliśmy jeszcze próbę zejścia na samo dno i zygzakując znaleźliśmy poręczówkę wykorzystywaną wcześniej do kartowania przez Jamie’go (Dive Tech NZ). Popłynęliśmy zatem jeszcze raz w głąb jaskini przy samym dnie, czyli na ok. 35 metrach, jednak po pokonaniu dystansu ok. 120 metrów , niemal w połowie „trawersu”, rozsądek i dojście do rezerwy gazu kazały nam zawrócić. Jak się okazało, decyzja była nad wyraz słuszna – musieliśmy bowiem płynąć do wyjścia pod dość silny prąd, prawie niewyczuwalny przy wpływaniu do środka. Powrót zajął nam zatem nieco więcej czasu. Łącznie zrobiliśmy więc w tej jaskini około 440 metrów, znacznie więcej, niż ma sam trawers. Cóż… :)
Co więcej można napisać o tych dwóch dniach spędzonych na Poor Knights? Na pewno było bardzo przyjemnie. Kevin (właściciel łodzi Mazurka - OceanBlue Adventures) i jego żona zadbali o dobre lokalizacje nurkowe i o dobre jedzenie ;) Pływanie między różnymi malowniczymi zatoczkami i wreszcie nocleg na kotwicy (przed zaśnięciem zrobiliśmy jeszcze we dwóch z Mikołajem nurkowanie nocne, reszta towarzystwa „zleszczyła”) dopełniają obrazu sielanki. A dzięki Jamie’mu, który pożyczył nam twinsety i butle boczne z gazami dekompresyjnymi, normalnie niedostępnymi w Tutukaka czy bliższej okolicy, mogliśmy zanurkować z Lucą tam, gdzie „rekreacyjni” nie mają szansy dotrzeć.
Warto też wspomnieć, że ręce nas świerzbiły do wspinaczki na wysokich klifach. Jest to jednak dość drogi sport – wspinanie tutaj kosztuje 10.000 NZ$ (czyli ok. 28.000 PLN)… kary.
Nie da się ukryć, smutno było wyokrętowywać się w porcie w Tutukaka. Ale czas ruszyć na samą północ!

środa, 1 lutego 2012



Wróciliśmy właśnie z nurkowania na Poor Knights Islands. Było nieźle. Adam napisze jutro więcej, bo musimy się zwijać z restauracji, gdzie siedzimy od ponad 2 godzin zamówiwszy frytki i kawę :)
Tak na gorąco: powyżej - pęknięta soczewka mojej obudowy do nurkowania. Zorientowałem się, że będzie katastrofa na 20 m. Oczywiście lepiej stracić nurka, niż kamerę, więc stosując się do wszelkich zasad wynurzyłem się czym prędzej :) Soczewka made in germany!!! Podobno...

Poniżej widać jak wygląda człowiek po nurkowaniu. Pełnia szczęścia:)


Jutro będzie więcej, daję słowo.