sobota, 3 marca 2012

Ciągle pada.

Deszcz nie przestaje padać. Spedzamy dziś kolejną noc w backpakersach(w Paraparaumu). Po przeprawie promem przez cieśninę Cooka, poszliśmy kupić suweniry. 
Zwabiłem jednak Adama w pułapkę i namówiłem go na kawę. Przesiedzieliśmy tam chwile na tyle długą, że sklepy były już zamknięte:)
W takim razie, postanowiliśmy zrobić zdjęcia miasta. 
Wedle naszej fachowej wiedzy podczas trzesienia ziemi całe centrum się zawali i będziemy mieli wyjątkowy materiał fotograficzny.
Może to brzmi okrutnie.
Podobno 70% budynków w Wellington nie spełnia norm budowlanych dla trzęsienia ziemi o sile 5.

Ludzie mieszkający tutaj wiedzą, że prędzej czy później trzęsienie nadejdzie. Wszyscy byli zaskoczeni, że ziemia się zatrzęsła w Christchurch, a nie tu, a zabudowa stolicy kraju jest wiele razy gęstsza niż w Christchurch.

Zawracamy

Ostatnim przystankiem na południowej wyspie były okolice Mt Cook. Nocowaliśmy kilka kilometrów od podnóża góry. Oczywiście zasadziliśmy się na świtające słońce. Górę było widać. Słońce tylko przez 15 minut.
Podjechaliśmy pod samo pasmo i poszliśmy na pieszą wycieczkę doliną Hookera. Prawie do samego czoła lodowca.
  Powrót uczciliśmy piknikiem na parkingu. Specialite de la maison przygotowała Luca. Wyglądało paskudnie, ale było całkiem, całkiem jak już dodaliśmy litr sosu sojowego:)

Tak miło spędzony dzień postanowiliśmy uczcić kawą w knajpie kilkanaście km dalej.
Ponieważ, było już poźno zaczeliśmy się rozglądać za noclegiem. Ostatni całkiem nieźle wychodziło nam spanie gdziekolwiek. Tym razem nie miało być inaczej.

...Życie nie jest jednak takie proste.. 

Po 2h snu zerwał się mocny wiatr i zaczęło padać.
Poźniej już tylko było gorzej.
  Zdjęcie niezupełnie oddaje nastrój tej chwili.
Zwineliśmy biwak i około 1 w nocy ruszyliśmy na północ.
Z tego co się działo dalej pamiętam tylko etap kiedy prowadziłem auto, poźniej tylko jakieś przebłyski z zatrzymywania samochodu i wymiany na fotelu kierowcy. Mam pewne podejrzenia, że Luca i Adam też niewiele pamiętają. 
 
Rano było już piękne słońce. Oczywiście do momentu gdy zaczął padać deszcz.
Udało nam się jeszcze zobaczyć kolonie fok w okolicach Ohau.

 Foki lubią być fotografowane. To pewne.


how to make gifs

wtorek, 28 lutego 2012

Tym razem niemal bez komentarza - Christchurch cztery lata później... :/

Kilka zdjęć z Christchurch, dotkniętego w lutym zeszłego roku silnym trzęsieniem ziemi (a potem jeszcze trzema, o nieco mniejszej sile). Nie spodziewaliśmy się zastać tutaj czegoś takiego, całe ścisłe centrum miasta jest mniej lub bardziej zniszczone i jednocześnie całkowicie zamknięte dla ruchu pieszego i samochodowego. Po ulicach hula tylko wiatr...


Blisko dwieście pomalowanych na biało krzeseł, foteli i fotelików - każde z nich symbolizuje jedną z ofiar trzęsienia ziemi...
To co zostało z biura pomocy prawnej dla najbardziej potrzebujących.


Graffiti na ścianie domu obok nieistniejącego już budynku mieszkalnego.

Na drugim planie jedna z głównych ulic miasta, prowadząca na niedostępny dzisiaj rynek.

Historyczne budynki bardzo ucierpiały...


To już przeszło rok, a miejsce pracy wygląda jakby zostało opuszczone w popłochu dzisiaj.

Nawet iPhone'owi zrobiło się smutno i robił dziwne zdjęcia...

"untouched world..."

Jeszcze w zeszłym roku przez ten most jeździł zabytkowy tramwaj :/





Tyle zostało z jednego z największych hoteli - Crowne Plaza. Podobnie jak kilka innych, zostanie całkowicie rozebrany.

 Duża część ewakuowanych sklepów, knajpek i banków przeniosła się do kontenerowego, tymczasowego miasteczka.

Na życzenie czytelników - nasza dotychczasowa trasa na Wyspie Południowej

Nasza trasa na Wyspie Południowej -->

W drodze....

Chciało by się powiedzieć, że dobijamy kolejne kilometry na liczniku naszej toyoty.
Niestety życie nie jest takie proste.
Zanim wyjedziemy, trzeba spakować walizki, a to jak widać może być trudne.
Zastosowalismy jednak trik i spakowaliśmy auto dzień wcześniej!
Niestety Jaśnie Państwo spało w namiocie.
Składanie namiotu do czynność czasochłonna, więc dopisujemy 1,5h do naszego czasu wyjazdu.
Żeby nie było za szybko to zostało zarządzone śniadanie(+1h).
Pozwoliłem sobie na ten mini reportaż, ponieważ udało mi się wstać już trzeci raz na tym wyjeździe przed 9!!!!!!!!!
Zdążyłem zjeść śniadanie, poczytać książke, zamulić w necie, wziąć prysznic.
W końcu w swojej łaskawości objawili się Jaśnie Szanowni.
Dwie i pół godziny później wyruszamy.

Stek

Ponieważ dawno nie puścilismy żadnej kasy, postanowiliśmy pójść na obiad do baru.
Zjadłem stek, ale jaaaaaaaaaaaaakiiiiiiiii! Dawno tak dobrego mięsa nie jadłem.
Niestety nie udało się zrobić zdjęcia. Stek został pochłoniety szybko.
Na deser Kahlua Tiramisu i znowu strzał w 10.
Było pysznie.

poniedziałek, 27 lutego 2012

mniej czytania więcej oglądania

got that one at home?/UNCUT from miko on Vimeo.

Z powrotem na ziemi

Niedziela, 26.02.2012, kemping w Mapui


 Wczoraj po południu wróciliśmy z masywu Mt Owen, gdzie spędziliśmy sześć dni. Śmigłowiec zabrał nas z krainy deszczowców wprost na słoneczną łąkę i w ten oto sposób zakończyliśmy główną część naszej wyprawy do Nowej Zelandii. Ale zacznijmy od początku.

W poprzednią sobotę dotarliśmy do Nelson, osobiście bardzo przeze mnie lubianego miasta, stanowiącego chyba największe skupisko „artystycznych dusz” w Nowej Zelandii. Jeśli dodać do tego bliskość morza, gór, jaskiń, rzek, uroczych zatoczek i jezior – wydaje się, że to idealne miejsce do Zamieszkania. W Nelson kompletuje się dziewięciosobowa grupka, w skład której weszła nasza polska trójka, Phill (nasz gospodarz), wzmiankowani już wcześniej Amerykanie – Dave i Jim, przesympatyczny, młody Kanadyjczyk – Iain, równie sympatyczny Nowozelandczyk pochodzenia szwajcarskiego - Peter oraz Szwed pochodzenia szwedzkiego - Rolf. Kilka zapowiadanych wcześniej osób (m.in. z Francji i Izraela) nie dotarło na miejsce z różnych przyczyn. Całe towarzystwo stanowiło w sumie przypadkowy dość zbitek osób w różnym wieku, o różnym doświadczeniu jaskiniowym (lub wręcz z brakiem jakiegokolwiek doświadczenia), w różnym „stanie technicznym” i z całkowicie różnymi planami co do pobytu w masywie Mt Owen. Jedno było już pewne – na jakąkolwiek pomoc w eksploracji, czy to powierzchniowej, czy wewnątrz jaskiń, nie mamy co liczyć. Po zrobieniu ogromnych zakupów spożywczych udajemy się trzema samochodami w rejon miejscowości Motueka, gdzie po grubszym zamieszaniu związanym z poszukiwaniem drogi spędziliśmy noc na nabrzeżnym kempingu DoC.

Rankiem szybkie śniadanie, przepak i wreszcie porządkujemy potrzebny sprzęt. W końcu udało się z wielkim, zupełnie niespodziewanym trudem zorganizować raptem ok. 150 metrów lin i skompletować zestaw do spitowania - generalnie moje odczucie jest stakie, że zorganizowanie sprzętu jaskiniowego czy nurkowego stanowi w kraju długiej, białej chmury bardzo poważny problem, a tzw. „środowisko” jest na tyle podzielone, że… że prędzej można liczyć na pomoc Australijczyków :)


Wkrótce docieramy na niedaleką farmę, której właściciel – Sid – jest jednocześnie pilotem śmigłowca, którym miał nas zabrać w góry. Większość towarzystwa wyruszyła samochodami na dwugodzinną przejażdżkę na polowe lądowisko w rejon szczytu Mt Owen, tymczasem ja, Luca i Mikołaj pobyczyliśmy się najpierw trochę, żeby wreszcie po półgodzinnym, malowniczym locie dotrzeć na miejsce planowanego obozu. Na miejscu Mikołaj poodczepiał od śmigłowca wszystkie umieszczone tam wcześniej kamery, pomogliśmy w przyjęciu kolejnych członków ekspedycji oraz worków z naszym sprzętem i jedzeniem i wreszcie pomachaliśmy Sidowi na pożegnanie. Zostaliśmy sami z dala od cywilizacji.


 Miejsce na obóz jest wprost wymarzone – znajduje się ono nad brzegiem sporego, acz niezbyt głębokiego, górskiego jeziora, przy dolnej krawędzi wielkiego cyrku lodowcowego. Tam właśnie, na granicy buszu, rozbijamy nasze namioty. Nasz duży i wiekowy szwedzki namiot, wypożyczony od Phill’a, wylądował częściowo pod dużym, przewieszonym głazem, jednak ta lokalizacja nie przypadła nam za bardzo do gustu. Jak się później okazało – słusznie. Kuchnia jest oddalona nieco od namiotów, znajduje się nieco wyżej, pod dużym, mocno przewieszonym skalnym okapem. Składa się aż z trzech poziomów, z czego najniższy to „lodówka”, pośredni – zmywak (a później i łazienka dla co poniektórych), wreszcie najwyższy to kuchnia właściwa, królestwo Mikołaja.

Po rozbiciu obozu i namiotów towarzystwo rozpełzło się po górach, przy czym Mikołaj z Iain’em wylądowali na górującym nad obozem szczycie góry, a ja z Lucyną obeszliśmy widniejące na wschodniej flance cyrku lodowcowego, wyglądające dość poważnie, „dziury”. A wszystko ku ogromnemu zdziwieniu reszty ekipy, skłonnej bardziej do wieczornego relaksu, niż górskich ekscesów. Na szczęście wszyscy wrócili w jednym kawałku do obozu, mimo bardzo karkołomnych wyczynów niektórych osób.

Następny dzień powitał nas pogodą. Rozpoczęliśmy go z Lucą nietypowo, bo nieplanowanym wyjściem prosto ze śpiworów do jaskini Bohemia. Bez śniadania, bez picia, z niekompletnym ekwipunkiem, czyli „po warszawsku”. Naszym celem było sprawdzenie, czy da się zaporęczować dwa zjazdy w jaskini znacznie krótszymi niż planowane pierwotnie linami – dłuższe zostały bowiem przez przypadek w naszym samochodzie, w dolinie. Jak się wkrótce okazało, krótsze liny wystarczyły aż nadto, zaporęczowaliśmy oba zjazdy, zdejmując sobie jednocześnie z głowy troskę o ekipę „weteranów” (plus Iain), którzy wkrótce po nas dotarli na skraj drugiej studni. Jak sami przyznali, z poręczowaniem nie mieli za dużo do czynienia i nie wiadomo, czy by sobie z tym tematem poradzili sami (Phill i Pit, bardziej doświadczeni, zostali tymczasem w obozie). Ponieważ dojście do jaskini, jej szukanie, następnie szukanie drogi do kolejnych studni, poręczowanie i wreszcie powrót do obozu zajęły nam sporą część dnia, wieczór spędziliśmy na jedzeniu i snuciu planów eksploracji.

Kolejny dzień był równie pogodny, zatem wyruszyliśmy w kierunku otworu innej jaskini, obecnie już przeszło 60-kilometrowej – Bulmer. Komora wejściowa ogromna, robi wrażenie, jednak to nie ta dziura, odkryta i eksplorowana przez Nowozelandczyków, była tego dnia naszym celem. Udaliśmy się jeszcze wyżej, i podążaliśmy obłą granią ograniczającą „nasz” cyrk lodowcowy od wschodu w kierunku szczytu zdobytego dwa dni wcześniej przez chłopaków. Po drodze napotykaliśmy kolejne otwory jaskiń, jednak wszystkie mało rokujące. Wreszcie na wysokości ok. 1600 metrów wyszukałem w skalnym gruzowisku niewielką studnię, którą najpierw Luca, a potem Luca z Mikołajem zaczęli eksplorować. Ja natomiast udałem się na niedaleki spacer i wróciłem z informacją o pobliskich pięciu wielkich studniach i zalegającym na ich dnie śniegu. Zarzucamy zatem mało rokującą grzebaninę i przenosimy się na skraj jednej ze studni. Lucyna zjeżdża na dół i po niedługim czasie informuje nas o kolejnej studni poniżej, zaczopowanej śnieżno-lodowym korkiem. Na jego krawędzi widnieje wytopiona szczelina… i na razie nie bardzo wiadomo, co jest poniżej. Przychodzi moja kolej na zjazd, jednak będąc już na dnie wielkiej komory wejściowej udaję się najpierw w innym niż wcześniej Luca kierunku, do niewielkiej, bocznej komory, kończącej się podobnie jak w Blackberry krótką szczeliną, w której dnie widać niższe partie jaskini. Znajdują się one poniżej lodowego korka zamykającego znacznie większą studnię obok. Czyżby bypass? Klnę pod nosem – nie spodziewając się takich znalezisk drugą linę zostawiliśmy w obozie. Jeszcze nie wiemy, że pogoda skutecznie uniemożliwi nam powrót w to miejsce i dalszą eksplorację :/ Jedno jest pewne – zjechać w tym miejscu „z natury” nie da rady, a w ścianach szczeliny nie widać najmniejszych śladów spitowania. A zatem nikt nie próbował wcześniej tego wariantu… Czas biegnie nieubłaganie, czeka nas jeszcze bardzo niebezpieczne zejście stromymi piargami i śliskimi zachodami, zatem zaczynamy szukać drogi na dół. Mikołaj i Iain krążą po masywie, Luca i ja jesteśmy coraz bardziej zmęczeni, a drogi w dół jak nie było, tak nie ma. Po długim błądzeniu udaje się wreszcie odnaleźć właściwy żleb i tuż przed zmierzchem docieramy do obozu. Jemy kolację i jeszcze pełni nadziei na to, że nasze znalezisko „puści” i że uda nam się znaleźć najwyższe wejście do systemu jaskini Bulmer (zbliżając jednocześnie jego całkowitą głębokość do kilometra), idziemy spać…

Kolejny dzień wita nas deszczem i pohukiwaniem Phill’a w pobliżu naszego namiotu. Usiłuje obudzić nas, reszta międzynarodowego towarzystwa jest już bowiem gotowa do podboju jaskini Bohemia – celem są partie o wdzięcznej nazwie Dream of Alberice i ich dokumentacja fotograficzno-filmowa. Koniec końców starszyzna plemienna rusza sama, a my wyruszamy w drogę dopiero trzy godziny później, po ogarnięciu namiotu, zalewanego przez nasilający się z godziny na godzinę deszcz. Dream of Alberice osiągamy po przeszło trzech godzinach marszu przez piękne i bardzo zróżnicowane pod względem geomorfologicznym partie jaskini. Jak się okazuję, pierwsza ekipa dotarła tam zaledwie pół godziny przed nami, po sześciogodzinnym błądzeniu. Jest to o tyle dziwne, że Phill i Dave nie byli tu po raz pierwszy. Kolejne godziny upływają na fotografowaniu i kręceniu materiału filmowego. Jest na co popatrzeć, są tu tysiące bielusieńkich, aragonitowych nacieków, o przedziwnych, zaskakujących nieraz kształtach. Phill, Dave, Jim i Rolf wyruszają wreszcie w drogę powrotną, w górę „wielkiej sali”. Wkrótce ich dogonimy i miniemy, a powierzchnię osiągniemy jeszcze przed północą. Wita nas, o dziwo, rozgwieżdżone niebo. Martwimy się trochę o kolegów pozostających w jaskini, zwłaszcza, że Phill wyglądał na mocno zmęczonego. Liczymy jednak na to, że wyjdą wkrótce o własnych siłach. Ostatecznie wykaraskali się z Bohemii po trzeciej nad ranem. Cali i zdrowi, choć bardzo zmęczeni i odwodnieni. Przyszło im wracać do obozu w deszczu, a jakże.

Niestety, w tym miejscu kończy się ta opowieść :/ Kolejne dwa dni to niemal nieustanny deszcz, całkowicie uniemożliwiający dojście przez śliskie i strome skały i trawki do naszego „tematu” eksploracyjnego. Pozostaje nam jedynie zadzieranie głów i tęskne spoglądanie w stronę grani, gdzie, być może, czeka na nas duże odkrycie. W przeddzień wylotu, zrezygnowany, udaję się samotnie do buszu, penetruję las poniżej i powyżej głównego otworu Bohemii. Udaje mi się znaleźć kilka otworów systemu, w tym dwie duże studnie. Ponieważ jednak czescy odkrywcy jaskini nie zostawiali żadnych znaków orientacyjnych, trudno jest stwierdzić, czy są to nowe znaleziska, czy też poznane już wcześniej otwory. Wycieczkę przypłacam całkowitym przemoczeniem ubrania i butów, ponieważ w międzyczasie deszcz znowu bardzo się nasilił. Jednak nie żałuję – udało mi się znaleźć w buszu kilka urokliwych zakątków, do których zapewne nikt nie zagląda. Gdyby nie padało, byłoby tu po prostu bajkowo. Po dotarciu do obozu rozpalam w kuchni ognisko, aby kilka godzin później cieszyć się znowu „suszą”. Ostatnie polana dopalają się o drugiej nad ranem, czas spać. 



Rano znowu kropi, jednak pogoda okazuje się łaskawa i pozwala na przylot śmigłowca. Cały ranek trwało pakowanie obozu, teraz pozostaje zwiezienie naszego cargo i całej ekipy na dół. Pilot cierpliwie walczy z nasilającym się co i raz wiatrem, choć w pewnym momencie bliski był już jednak decyzji o odlocie na „ z góry upatrzone pozycje”. W końcu nasza cała ekipa cieszy się słońcem na dnie doliny, a kolejna ekipa, około 15 osób z Auckland Speleo Group, martwi się zapewne błotem i zachmurzonym niebem w bazie na górze. A my wyruszamy w podróż samochodem do Mapui, gdzie już wkrótce będziemy się cieszyć gorącym prysznicem, zimnym piwem i suchym namiotem. 

Pozostaje jednak duży niedosyt – a gdyby jednak udało się nam z pogodą, i gdyby puściło? A gdyby? A gdyby? Chrrrrr…….

AW

niedziela, 19 lutego 2012

Na Mt. Owen

Za 30 min wylatujemy w masyw Mt. Owen. Będziemy tam 7 dni albo dłużej jeśli będzie nielotna pogoda i nie będzie po prostu jak wrócić. 0 netu, 0 telefonu...

W drodze na Wyspę Południową

Mt. Taranaki


Prom do Picton

Agamemnon Cave

Poniedziałek 13 lutego spędziliśmy z Amerykanami i Australijczykami w Agamemnon Cave. Znalezienie otworu zajęło nam sporo czasu, zwłaszcza, że Dave niekoniecznie umiał zrobić pożytek z posiadanego GPS’a. W końcu jednak znaleźliśmy wejście na skraju miejscowego buszu. 
 
Przy wejściu do Agamemnon Cave

Podejście
Agamemnon Cave została odkryta już dość dawno, jednak dopiero trzy lata temu Australijczycy odnaleźli w jej górnym piętrze dwa boczne korytarze, dość wyjątkowe ze względu na liczne gipsowe kryształy i formy agrawitacyjne. Miejscami ściany pokryte są gęsto kryształowymi kwiatami i krzewami. 
 

 
Niejako „na deser”, na samym końcu nowoodkrytych ciągów, podziwiamy niesamowite, prawie metrowej długości heliktyty. 
 
 
Jeśli ktoś kiedyś będzie chciał się wybrać do tej jaskini to gorąco polecam. Biorąc pod uwagę, jak te unikatowe boczne ciągi w ciągu zaledwie trzech lat zostały zdewastowane przez grotołazów, czasu jest niewiele.
W drodze powrotnej przez jaskinię Mikołaj i Adam wspinali się tu i tam w nadzei na dalsze znaleziska w górnym piętrze jaskini, jednak niestety wszystkie boczne korytarze powracały do głównego ciągu. W większości miejsc, które mogłyby potencjalnie okazać się interesujące, niezbędna jest już regularna wspinaczka z asekuracją.

Jak to w Blackberry było

W sobotę 11 lutego byliśmy w Blackberry Cave (Jaskini Jeżynowej), położonej w spokojnym zakątku farmy przesympatycznych Billa i Dorothy Burnell, przy Troopers Road. Jaskinia zawdzięcza swoją nazwę temu, iż ukryta jest w gąszczu jeżyn. Torowanie drogi przez te chaszcze zajęło Mikołajowi i Johnowi, synowi farmerów, kilka godzin. Jaskinia była ostatnio odwiedzana 10 lat temu – czasu było aż nadto, żeby porządnie zarosła. Natomiast w sobotę przeżywała prawdziwy najazd. Dave z Jimem chcieli zrobić zdjęcia części jaskini nazywanej Ice Cream, gdzie znaleźć można przepiękne, śnieżno-białe nacieki oraz mini-jeziorka z kryształami. Sześciu Australijczyków zamierzało skartować jaskinię, czego nigdy nie uczynili anonimowi odkrywcy. No i wreszcie my – chcieliśmy zweryfikować możliwość zanurkowania w Zielonym Jeziorku, odkrytym w najniższym piętrze tej jaskini, które według entuzjastycznych opisów Philla aż się prosi o nurka. Czekaliśmy więc w pełnym słońcu na swoją kolej, aż będzie się dało zaznać jaskiniowego chłodu. W końcu udało się!
Okazało się jednak, że „zawsze jest inaczej, niż mogło by być”. Jeśli rzeczywiście chcemy tam zanurkować, to na pewno nie uda się tego zrobić w najbliższym czasie. Jaskinia prawdopodobnie nigdy nie była czyszczona. W związku z tym, tylko w sobotę przynajmniej dwie osoby zostały trafione sporym kamieniem. Żeby było jeszcze ciekawiej, oporęczowanie założone przez Australijczyków wołało o pomstę do nieba – naprawdę dawno nie widziałam czegoś takiego. Do transportu sprzętu nurkowego niezbędne byłoby spitowanie, które, przynajmniej w pierwszej studni, wydaje się mało realne. Po dwóch odcinkach linowych dojście do jeziorka prowadzi przez wąski, niski i mocno zamulony korytarz. Jego kształt oraz zacisk znajdujący się po drodze właściwie uniemożliwiają transport butli, które udało nam się zdobyć (80 cf). Potrzebowalibyśmy mniejsze, cztero- lub sześciolitrowe, a o to łatwo w Nowej Zelandii nie jest. Przynajmniej jak na razie nie udało się takowych załatwić. Tak sprawy się miały w sobotę.
Następnego dnia bez większego przekonania zaczęliśmy transport, jednak szybko musieliśmy się wycofać. Przy czym Adam został uwięziony na dwie godziny na dnie studni bez możliwości wyjścia, a Mikołaj stoczył heroiczną walkę z workiem podwieszonym na linie. Gdy już wszyscy ochłonęli, zaczęliśmy szukać w okolicznych chaszczach alternatywnego wejścia do Blackberry, które być może pozwoliłoby nam na ominięcie części trudności. Przy pomocy lokalnego wynalazku, przypominającego połączenie kosy z maczetą, po dość krótkim czasie Adam znalazł ciekawą dziurę, która zaczynała się sporą studnią. Obudził się w nas wszystkich na nowo zapał odkrywców i po krótkim czasie zjeżdżałamż około dwudziestometrową studnią. Na dnie jaskinia kontynuowała się ciasnym, poziomym meandrem. W rzeczony meander wpakował się zaraz potem Adam, żeby znaleźć po kolejnych piętnastu metrach miejsce, gdzie konieczny był kolejny zjazd do dużej sali. Ale w tym momencie musieliśmy odpuścić - z braku liny. Wstępnie oszacowany układ korytarzy pozwalał przypuszczać, iż jest to zupełnie inna jaskinia, a nie część Blackberry i rozentuzjazmowani nadajemy jej imię Deszczowa, bo w momencie pierwszego zjazdu zaczęło strasznie lać. Tego samego dnia, przedzierając się przez jeżynisko znajdujemy w innym miejscu alternatywne dojście do pierwszej studni w Blackberry, niejako poziom niżej. Nie rozwiązuje to jednak naszych kłopotów transportowych. 


 

Natomiast Mikołaj z Johnem idąc w dół jednego ze strumieni znajdują kolejny otwór i studnię, o średnicy około trzech metrów. Wieczór spędzamy z gospodarzami farmy Billem, Dorothy i Johnem, których bardzo interesuje co robimy i co kryje się pod ich farmą. A kryje się naprawdę sporo ciekawego i zapewne nie tylko Blackberry, ale sporo innych jaskiń. Właściwie co kilkadziesiąt metrów jest jakiś lej i wszędzie słychać szemrzącą wodę. Sami właściciele sporo opowiadają gdzie warto jeszcze zajrzeć, słyszymy też o zapadających się pod ziemię jabłonkach w sadzie. Sama Blackberry, która dla Nowozelandczyków nie jest niczym szczególnym, w Polsce uchodziłaby za unikat i znajdowała zapewne pod ścisłą ochroną ze względu na niesamowite nacieki.
Poniedziałek spędziliśmy w Agamemnon Cave z Amerykanami i Australijczykami, natomiast do nowej, odkrytej w niedzielę koło Blackberry dziury wracamy we wtorek, i to jedynie dzięki pomocy Australijczków, którzy użyczyli nam czterdzieści metrów liny i spitownicy (nasza zdematerializowała się w nieznanych okolicznościach). W Jaskini Deszczowej, w miejscu gdzie zatrzymaliśmy się dwa dni wcześniej, ciasny i błotnisty meander otwierał się w sporą salę wysokości około dwudziestu metrów. Adam przygotował kombinowany zjazd „z natury” i jednego spita, a pierwszy na linie znalazł się tym razem Mikołaj. Po zjeździe okazało się jednak, że jest to część Blackberry. W spągu sali, którą znaleźliśmy, znajdował się ciasny meander, którego dno znajdowało się pięć metrów niżej. I to właśnie on, jak do tej pory, był znaną częścią jaskini. Aż trudno uwierzyć, że nikomu wcześniej nie chciało się po prostu popatrzeć do góry w tym miejscu, żeby zobaczyć ogromną przestrzeń otwierającą się nad głową! Trochę rozczarowani robimy jeszcze pomiary, żegnamy się z gospodarzami i udajemy na południe. Już w drodze rozważamy powrót na farmę pod koniec pobytu w Nowej Zelandii, aby sprawdzić studnię którą znalazł Mikołaj i kilka innych ciekawie zapowiadających się lejów krasowych.


Gorące Źródła na Campingu i Park Wai-O-Tapu

Kolejnym przystankiem naszej podróży powinna być Rotorua, miasteczko będące niejako geotermalną stolicą Nowej Zelandii. Ale szybko mijamy je i udajemy się w kierunku Wai-O-Tapu, gdzie znajduje się park geotermalny, ze ścieżkami wytyczonymi między gejzerami, zapadliskami, jeziorkami, strumykami, tarasami i plumkającymi błotem leśnymi oczkami. To czeka nas jednak dopiero następnego dnia, a tymczasem niespodziewanie dla Lucy i Mikołaja skręcamy w gruntową drogę i po trzech kilometrach docieramy do Kerosene Creek – płynącego leśnym parowem geotermalnego strumyka. Po przejściu kilkuset metrów dochodzimy do niewielkiego wodospadu. Naprawdę urokliwe miejsce, nieznane turystom, a warte odwiedzenia. Luca bawi się w nimfę wodną bujając się na konarze nad wodospadem, a Mikołaj zażywa kąpieli w jeziorku pod nim. Sielanka…
Wieczorem docieramy do znanego mi już w z wcześniejszej wizyty kempingu, którego główną atrakcją jest basen z wodą z gorących źródeł oraz otaczające go inne mniejsze i większe zbiorniki pochowane wśród zieleni. Przesiedzimy tu w ciepłej wodzie kilka godzin podczas dwudniowego pobytu! Piękne widoki, tafla parującej wody zlewa się z linią horyzontu, na myśl przychodzą nam skojarzenia z luksusowymi hotelami na Bali.
Następnego dnia poświęcamy kilka godzin na zwiedzanie wspomnianego już parku geotermalnego Wai-O-Tapu. Większość czasu pochłania nam kręcenie ujęć filmowych i pstrykanie zdjęć, wszyscy mamy nadzieję, że uda się z tego zmontować ciekawy materiał. Cztery lata wcześniej zwiedzałem to miejsce w padającym deszczu, w niezwykle pochmurny dzień, w słońcu wygląda to zgoła inaczej. Pomarańcz przeplata się z czerwienią, zieleń z błękitem, żółć z beżem. Powierzchnia kolorowych jeziorek buzuje od bąbelków dwutlenku węgla, woń siarkowodoru drażni nozdrza, a chowające się niekiedy za chmurami słońce co i raz wydobywa z otoczenia nowe barwy. Nieopodal znajdują się też błotne jeziorko, które wprawiło w zachwyt Mikołaja – co i raz strzela w górę błotnymi pociskami, a w innych miejscach na powierzchni tworzą się wielkie błotne bąble. Lepiej nawet nie myśleć o tym co by się stało, gdyby ktoś wpadł do tej kipieli…
Wieczór spędzamy oczywiście na kampingu, długo mocząc się i relaksując a to w jednym, a to w drugim basenie, kontemplując ostatnie przebłyski zachodzącego słońca. Przyjemność przerywa nam dziewczyna z obsługi, odkręcając zawór spustowy w naszej niecce. Twardo trwamy na miejscu, Mikołaj próbuje nawet zaczopować odpływ swoimi czterema literami. Niestety, w końcu musimy się poddać. I tak wrócimy tu rano!

Chatka ASG na końcu świata

W piątek 10 lutego wieczorem, dotarliśmy do chaty Auckland Speleo Gropup w rejonie jaskiniowym Waitomo. Czas stopniowo zaczął zwalniać, aż w końcu stanął na dobre. Przez pierwsze dwa dni mieszkał z nami Phill i dwaj Amerykanie: Dave Bunnell (znany fotograf jaskiniowy) i Jim. A potem nie było już nikogo oprócz nas.
Widoczek z chaty ASG

Jest tutaj wszystko co potrzeba a najważniejsze, że nie ma telefonów i netu. A przynajmniej są bardzo trudno dostępne. Osobiście kusi mnie bardzo żaby pobyć w takim miejscu kilka tygodni a nie tylko jeden.
Cichy, leniwy dzień na "twórczość własną" ;-)
Nocne niebo nas Waitomo

wtorek, 14 lutego 2012

(prawie)nigdzie nie ma netu

20m studnia

Mam 5 min, więc telegraficzny skrót.
Jesteśmy w Waitomo. Znalezliśmy nową jaskinię.
Możliwe, że dwie. Nie są zbyt duże póki co, ale zawsze coś(jedna z nich zaczyna się 20m studnią).
Po wyjeździe od Phila byliśmy jeszcze w Whai-o-tapu (krajobrazowy park wulkaniczny), Waikite(gorace źródła).
W końcu wylądowaliśmy w chacie Auckland Speleo Group.
Wczoraj, wspólnie z Australijczykami byliśy w jaskini Agamemnon.
Kończę bo jedziemy dalej działać w naszym nowym znalezisku.
Napiszemy więcej jak minie nam gorączką odkrywców i znajdziemy jakieś miejsce z WIFI.
Poniżej widok z chaty ASG.






wtorek, 7 lutego 2012

W wolnej chwili


w wolnej chwili from miko on Vimeo.

+ obiecany film z nurkowania(raczej jego skrawek)

Goat Island Scuba Diving RAW/UNCUT from miko on Vimeo.

O podróży zachodnim wybrzeżem i o polowaniu na dzikiego zwierza słów kilka

Dni zaczynają nam się zlewać, czas postanowił iść swoim tempem, o popatrywaniu na zegarki dawno już zapomnieliśmy (co bywa zgubne :). Przesuwamy się powoli na dół mapy, spędzamy mało emocjonującą noc na campingu w Waipapakauri Ramp nad Morzem Tasmana, ostatniej na południe miejscowości, w której można wjechać na Ninety Miles Beach. Jest to dziwna plaża – o ile w innych takich miejscach na świecie stoją zwykle tablice ostrzegające o tym i o owym, tutaj jedynym znakiem było… ograniczenie prędkości do 100 km/h. Plażą można bowiem przejechać niemal na Cape Reigna! Czasem się to jedna nie udaje, zwłaszcza, gdy auto zabierze przypływ. My nawet nie próbowaliśmy wjechać na mokry piach – ubezpieczenie wypożyczonych samochodów zwykle nie obejmuje tej „trasy”.



W drodze na południe przepływamy promem rozlewiska Waihou River i minąwszy mocno historyczne miasteczka dojeżdżamy do ujścia rzeki do Morza Tasmana. Trafiamy na dość ładną pogodę, więc kontemplujemy widoki na olbrzymią wydmę na drugim brzegu , turkusowe wody i granatowe niebo (lub czytamy książkę, jak czyni to przy każdej okazji Mikołaj).




Jadąc dalej drogą nr 12 dojeżdzamy do Waipoua Forest – miejsca zamieszkania najstarszego drzewa Kauri w całej Nowej Zelandii – Tane Mahuta Giant Kauri. „Drzewko”, nazywane też z angielska „Lord of the Forest”, przekracza 50 metrów wysokości i 14 metrów obwodu pnia i jest niemalże rówieśnikiem Chrystusa, bowiem jego wiek szacuje się ostrożnie na 2000 lat. Jak to ujęła Lucyna: „- Jest wydżebiste, ma power’a”.



Na wieczór trafiamy na zarządzany przez Departament of Conservation (w skrócie: DoC) leśny kemping sąsiadujący przez płot z rezerwatem drzew Kauri - Trounson Kauri Park. Po zjedzeniu kolacji, gdy zrobiło się ciemno, udajemy się do buszu… polować na Kiwi!! Jest to bowiem jedno z nielicznych niestety miejsc w Kraju Długiej, Białej Chmury, gdzie to sympatyczne ptasię można (przy sporej dozie szczęścia) spotkać. Po czterech godzinach spędzonych a to na siedzeniu w całkowitej ciszy i ciemnościach, a to skradania się tu i tam, a to wreszcie po nakręceniu filmu z wielkim, tłustym węgorzem w roli głównej, opuszczamy park. Upieram się jednak, żeby na nasz kemping nie wracać drogą samochodową, ale na skróty, ścieżką przez busz. Idziemy szybko, używając już pełnej mocy latarek (wcześniej używaliśmy jedynie czerwonej latarki Mikołaja lub szliśmy w ciemnościach), gdy nagle po prawej stronie ścieżki słyszymy hałas, tupanie i szelest liści. Dostrzegamy z Lucyną znikający w gęstwinie kuper Kiwi! Po kilkudziesięciu minutach wspólnej gimnastyki w zaroślach, kiedy to staraliśmy się odnaleźć „zgubę” i jednocześnie nie zgubić drogi powrotnej, dysponujemy dokumentacją dowodową, potwierdzającą spotkanie trzeciego stopnia! Na pikslach matrycy utrwalone zostało sympatyczne ptaszysko, sfotografowane z odległości metra! Adrenalina zrobiła swoje – rączki trzęsły mi się jeszcze przez blisko godzinę. Dość powiedzieć, że większość Kiwusów nie widziała tego ptaka przez całe życie, nam udało się go odnaleźć (i sfotografować!) już podczas pierwszego „polowania”. Po drugiej w nocy idziemy spać szczęśliwi :)

TATATATAM!!:



W niedzielę po południu dotarliśmy do miejscowości Leigh na Cape Rodney na wschodnim wybrzeżu, gdzie znajduje się rezerwat (pod)morski Goat Island – płytko, czysta woda, rybki itd. Miałem nadzieję na niedzielne nurkowanie, żeby przetestować nasze uprzęże sidemount’owe przed nurkowaniem(-ami) w jaskini, ale towarzystwo odmówiło (tradycyjnie) dalszej aktywności – Luca na trawie, Mikołaj w hamaku :/ Cóż, czas chyba zacząć akceptować ten stan rzeczy, na „napieraczy” tym razem nie trafiło.
Ostatecznie udało się wreszcie zanurkować przy Goat Island w poniedziałek po południu - wizura żadna (wieje, więc pogoda sztormowa), nurek płytki, konfiguracja boczna niezbyt komfortowa jak na pierwszy raz. Ale i tak sobie nieco poćwiczyliśmy z Lucą, a Miko filmował, jak zwykle stojąc na głowie.

Pod wieczór przemieściliśmy się z powrotem do Beachlands do Phill'a, którego witaliśmy niemal jak ojca. Home, sweet home… Czas spać...