wtorek, 7 lutego 2012

W wolnej chwili


w wolnej chwili from miko on Vimeo.

+ obiecany film z nurkowania(raczej jego skrawek)

Goat Island Scuba Diving RAW/UNCUT from miko on Vimeo.

O podróży zachodnim wybrzeżem i o polowaniu na dzikiego zwierza słów kilka

Dni zaczynają nam się zlewać, czas postanowił iść swoim tempem, o popatrywaniu na zegarki dawno już zapomnieliśmy (co bywa zgubne :). Przesuwamy się powoli na dół mapy, spędzamy mało emocjonującą noc na campingu w Waipapakauri Ramp nad Morzem Tasmana, ostatniej na południe miejscowości, w której można wjechać na Ninety Miles Beach. Jest to dziwna plaża – o ile w innych takich miejscach na świecie stoją zwykle tablice ostrzegające o tym i o owym, tutaj jedynym znakiem było… ograniczenie prędkości do 100 km/h. Plażą można bowiem przejechać niemal na Cape Reigna! Czasem się to jedna nie udaje, zwłaszcza, gdy auto zabierze przypływ. My nawet nie próbowaliśmy wjechać na mokry piach – ubezpieczenie wypożyczonych samochodów zwykle nie obejmuje tej „trasy”.



W drodze na południe przepływamy promem rozlewiska Waihou River i minąwszy mocno historyczne miasteczka dojeżdżamy do ujścia rzeki do Morza Tasmana. Trafiamy na dość ładną pogodę, więc kontemplujemy widoki na olbrzymią wydmę na drugim brzegu , turkusowe wody i granatowe niebo (lub czytamy książkę, jak czyni to przy każdej okazji Mikołaj).




Jadąc dalej drogą nr 12 dojeżdzamy do Waipoua Forest – miejsca zamieszkania najstarszego drzewa Kauri w całej Nowej Zelandii – Tane Mahuta Giant Kauri. „Drzewko”, nazywane też z angielska „Lord of the Forest”, przekracza 50 metrów wysokości i 14 metrów obwodu pnia i jest niemalże rówieśnikiem Chrystusa, bowiem jego wiek szacuje się ostrożnie na 2000 lat. Jak to ujęła Lucyna: „- Jest wydżebiste, ma power’a”.



Na wieczór trafiamy na zarządzany przez Departament of Conservation (w skrócie: DoC) leśny kemping sąsiadujący przez płot z rezerwatem drzew Kauri - Trounson Kauri Park. Po zjedzeniu kolacji, gdy zrobiło się ciemno, udajemy się do buszu… polować na Kiwi!! Jest to bowiem jedno z nielicznych niestety miejsc w Kraju Długiej, Białej Chmury, gdzie to sympatyczne ptasię można (przy sporej dozie szczęścia) spotkać. Po czterech godzinach spędzonych a to na siedzeniu w całkowitej ciszy i ciemnościach, a to skradania się tu i tam, a to wreszcie po nakręceniu filmu z wielkim, tłustym węgorzem w roli głównej, opuszczamy park. Upieram się jednak, żeby na nasz kemping nie wracać drogą samochodową, ale na skróty, ścieżką przez busz. Idziemy szybko, używając już pełnej mocy latarek (wcześniej używaliśmy jedynie czerwonej latarki Mikołaja lub szliśmy w ciemnościach), gdy nagle po prawej stronie ścieżki słyszymy hałas, tupanie i szelest liści. Dostrzegamy z Lucyną znikający w gęstwinie kuper Kiwi! Po kilkudziesięciu minutach wspólnej gimnastyki w zaroślach, kiedy to staraliśmy się odnaleźć „zgubę” i jednocześnie nie zgubić drogi powrotnej, dysponujemy dokumentacją dowodową, potwierdzającą spotkanie trzeciego stopnia! Na pikslach matrycy utrwalone zostało sympatyczne ptaszysko, sfotografowane z odległości metra! Adrenalina zrobiła swoje – rączki trzęsły mi się jeszcze przez blisko godzinę. Dość powiedzieć, że większość Kiwusów nie widziała tego ptaka przez całe życie, nam udało się go odnaleźć (i sfotografować!) już podczas pierwszego „polowania”. Po drugiej w nocy idziemy spać szczęśliwi :)

TATATATAM!!:



W niedzielę po południu dotarliśmy do miejscowości Leigh na Cape Rodney na wschodnim wybrzeżu, gdzie znajduje się rezerwat (pod)morski Goat Island – płytko, czysta woda, rybki itd. Miałem nadzieję na niedzielne nurkowanie, żeby przetestować nasze uprzęże sidemount’owe przed nurkowaniem(-ami) w jaskini, ale towarzystwo odmówiło (tradycyjnie) dalszej aktywności – Luca na trawie, Mikołaj w hamaku :/ Cóż, czas chyba zacząć akceptować ten stan rzeczy, na „napieraczy” tym razem nie trafiło.
Ostatecznie udało się wreszcie zanurkować przy Goat Island w poniedziałek po południu - wizura żadna (wieje, więc pogoda sztormowa), nurek płytki, konfiguracja boczna niezbyt komfortowa jak na pierwszy raz. Ale i tak sobie nieco poćwiczyliśmy z Lucą, a Miko filmował, jak zwykle stojąc na głowie.

Pod wieczór przemieściliśmy się z powrotem do Beachlands do Phill'a, którego witaliśmy niemal jak ojca. Home, sweet home… Czas spać...

sobota, 4 lutego 2012

Te Rerenga Wairua czyli "Skąd Dusze Odchodzą do Domu"

Dzisiejszy dzień spędziliśmy w zaiste magicznym miejscu - na samym północnym czubku Nowej Zelandii. To wyjątkowe miejsce dla Maori i wcale mnie to nie dziwi... tutaj po prostu wisi coś niezwykłego w powietrzu...

Dzień wcześniej zajechaliśmy akurat trafiając na zachód słońca. Chyba miało tak być... Pozwolicie, że pozostawię to bez komentarza... nam zamknęły się totalnie gadaczki na jakąś godzinę co najmniej ;-)


Zabiwakowaliśmy na plaży w Tapatupotu Bay, gdzie jak się okazuje jest całkiem przyzwoity camping... koniec świata i to dosłownie ,a czyste kibelki z papierem toaletowym jakby były tutaj oczywistością!!! A opłaty?... samoobsługa - jest po prostu zainstalowana odpowiednia skrzyneczka, która przyjmuje kasę i oczywiście wszyscy to robią. Tutaj normalka... w Polsce nie do pomyślenia.
Rano zwlekliśmy się niespiesznie. Mnie udało się nawet popływać w Pacyfiku i poganiać z falami. No i jeszcze ostatni rzut oka na drzewko, pod którym rozbiliśmy namiot.


Wróciliśmy jeszcze raz na Cape Reinga, przez Maori nazywany Te Rerenga Wairua, czyli w wolnym tłumaczeniu 'miejsce skąd dusze zmarłych odchodzą do domu' - Hawaiki. Maori wierzą, że dusze schodzą do podziemnego świata po stopniach utworzonych z korzeni świętego dla Maori, ponad 800 letniego drzewa, które rośnie na skale. Samo drzewo widać z dość daleka i nie dopuszcza się tam tzw. turystów - raczej zrozumiałe ;-) Co ciekawe, podobno akurat to drzewo nigdy nie kwitło...

Wierzcie mi na słowo - to drzewo jest tutaj w postaci kropki na ostatniej skale po prawej stronie ;)
Na Cape Reinga spotykają się też dwie ogromne masy wody - Morza Tasmana i Pacyfiku. W tym miejscu ścierające się fale dają niezwykły popis ogromu żywiołu wody... Dla Maori to symboliczne spotkanie i odwieczne ścieranie się energii kobiecej i męskiej. Cóż... trudno o trafniejszą metaforę :-)
Źródło: http://en.wikipedia.org/wiki/File:Meeting_point_of_Tasman_Sea_and_Pacific_Ocean.jpg


piątek, 3 lutego 2012

Poor Knights, poor cave divers...

 
 
No i wreszcie obiecany przez Mikołaja post!


Ostatnie wtorek i środa upłynęły nam pod znakiem nurkowań na Poor Knights Islands, położonych ok. 12 mil morskich na wschód od wybrzeża, miejscówce uchodzącej za jedno z „Top 10” miejsc nurkowych na świecie. Myliłby się jednak ten, kto wyobraża nas sobie wśród rybek, muren, raj i innych takich (choć doświadczyliśmy oczywiście takich widoków, szczególnie zaś Mikołaj: „ ̶ Eeee, przereklamowane, w Egipcie jest dużo fajniej…”).
Ja (AW) z LC ulegliśmy natomiast czarowi tamtejszych podwodnych jaskiń pochodzenia wulkanicznego. Więc Ci, którzy marudzili, że się obijamy i nie byliśmy jeszcze w żadnej dziurze, powinni być ukontentowani. Jaskiń odwiedziliśmy łącznie sześć, z czego dwie w pełni zasługują na to miano, ponieważ od pewnego momentu traciliśmy w nich całkowicie kontakt ze światłem z zewnątrz. W jednej z nich, około 130-metrowej długości, noszącej miano Stirling Cave (lub, co nam bardziej pasuje ̶ Scary Cave), przeżyliśmy przygodę, która przy nieco mniejszym doświadczeniu podwodno-jaskiniowym i braku opanowania z pewnością zakończyłaby się w bardzo smutny sposób. Próbując przy całkowicie zerowej wizurze wyplątać z poręczówki kamerę i jakoś się odnaleźć w trójwymiarowej przestrzeni, obydwoje z Lucą śmialiśmy się w duchu, że przylecieliśmy na drugą półkulę tylko po to, żeby na samym początku wyprawy zakończyć żywot w jakiejś „marnej” (acz bardzo ładnej) oceanicznej dziurze. Ostatecznie wybrnęliśmy i mamy teraz co wspominać. Jak się okazało, występująca w głębszych partiach tutejszych dziur haloklina oraz duże pokłady solno-mulasto-piaszczystych osadów stanowią wielkie zagrożenie dla płetwonurków. Poruszanie się tam bez poręczowania byłoby po prostu próbą samobójczą.
Ale jedźmy dalej. Bardzo ciekawa jest także inna jaskinia, dość zresztą znana – Taravana. Jest to system dwuotworowy, umożliwiający pokonanie ok. 300-metrowego trawersu, z ewentualnymi „skokami na boki”. Otwór przez który wpływaliśmy do środka jest ogromny, można w przybliżeniu przyjąć, że ma wysokość blisko 20 metrów, i tyleż szerokości. Niestety, próbując samodzielnego poręczowania w połowie wysokości (a raczej głębokości) jaskini, a nie wiedząc z jakim ogromem mamy do czynienia (dość słaba wizura nie pozwalała na realną ocenę), musieliśmy zawrócić po niecałych 100 metrach. Podjęliśmy jeszcze próbę zejścia na samo dno i zygzakując znaleźliśmy poręczówkę wykorzystywaną wcześniej do kartowania przez Jamie’go (Dive Tech NZ). Popłynęliśmy zatem jeszcze raz w głąb jaskini przy samym dnie, czyli na ok. 35 metrach, jednak po pokonaniu dystansu ok. 120 metrów , niemal w połowie „trawersu”, rozsądek i dojście do rezerwy gazu kazały nam zawrócić. Jak się okazało, decyzja była nad wyraz słuszna – musieliśmy bowiem płynąć do wyjścia pod dość silny prąd, prawie niewyczuwalny przy wpływaniu do środka. Powrót zajął nam zatem nieco więcej czasu. Łącznie zrobiliśmy więc w tej jaskini około 440 metrów, znacznie więcej, niż ma sam trawers. Cóż… :)
Co więcej można napisać o tych dwóch dniach spędzonych na Poor Knights? Na pewno było bardzo przyjemnie. Kevin (właściciel łodzi Mazurka - OceanBlue Adventures) i jego żona zadbali o dobre lokalizacje nurkowe i o dobre jedzenie ;) Pływanie między różnymi malowniczymi zatoczkami i wreszcie nocleg na kotwicy (przed zaśnięciem zrobiliśmy jeszcze we dwóch z Mikołajem nurkowanie nocne, reszta towarzystwa „zleszczyła”) dopełniają obrazu sielanki. A dzięki Jamie’mu, który pożyczył nam twinsety i butle boczne z gazami dekompresyjnymi, normalnie niedostępnymi w Tutukaka czy bliższej okolicy, mogliśmy zanurkować z Lucą tam, gdzie „rekreacyjni” nie mają szansy dotrzeć.
Warto też wspomnieć, że ręce nas świerzbiły do wspinaczki na wysokich klifach. Jest to jednak dość drogi sport – wspinanie tutaj kosztuje 10.000 NZ$ (czyli ok. 28.000 PLN)… kary.
Nie da się ukryć, smutno było wyokrętowywać się w porcie w Tutukaka. Ale czas ruszyć na samą północ!

środa, 1 lutego 2012



Wróciliśmy właśnie z nurkowania na Poor Knights Islands. Było nieźle. Adam napisze jutro więcej, bo musimy się zwijać z restauracji, gdzie siedzimy od ponad 2 godzin zamówiwszy frytki i kawę :)
Tak na gorąco: powyżej - pęknięta soczewka mojej obudowy do nurkowania. Zorientowałem się, że będzie katastrofa na 20 m. Oczywiście lepiej stracić nurka, niż kamerę, więc stosując się do wszelkich zasad wynurzyłem się czym prędzej :) Soczewka made in germany!!! Podobno...

Poniżej widać jak wygląda człowiek po nurkowaniu. Pełnia szczęścia:)


Jutro będzie więcej, daję słowo.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Patronat portalu Nasza Nowa Zelandia




nasza wyprawa została objęta patronatem portalu Nasza Nowa Zelandia :-)

Pozdrowienia dla opiekuna portalu pana Rafała
i wszystkich miłosników kraju długiej, białej chmury!

Śniadanko?

Lucy i Miko jeszcze smacznie spali, więc wymknąłem się dziś prawie niepostrzeżenie do Mariny. Zasiadłem jak basza w restauracjo-barze Schnappa Rock i spożyłem "wyczesane" śniadanie:


Ogłaszam konkurs: co to właściwie było?? W nagrodę zafunduję zwycięzcy takie samo danie w tej samej restauracji (koszt transportu na miejsce pokrywa zwycięzca!).

Wpadłem też na chwilę do portu rzucić okiem na naszą łódź. Niestety nie spotkałem tam nikogo. A już jutro rano wypływamy Mazurką na dwudniowy rejs na Poor Knigts Islands! Mam nadzieję, że będzie po prostu bosko!

Niedziela pod wodą!


Wreszcie Miko zaadoptował się do tutejszych warunków i zaczął chodzić na głowie. Tak jest znacznie łatwiej!
Po wczesnym śniadaniu zjedzonym koło 13-tej pojechaliśmy do mariny nabić nasze butle i dalej zanurkować testowo z brzegu z plaży w Matapouri. Sprawnie skręciliśmy sprzęt i już o godzinie 17:30 znaleźliśmy się w wodzie. Po 15 minutach pływania nad piaskiem osiągnęliśmy przybrzeżne skały i zaczęliśmy szukać tutejszych stworzeń i stworów.
Wyniki naszych dzisiejszych "łowów" to: 2-metrowa murena (jak to jest przepłynąć tuż nad takim kolosem i go nawet nie zauważyć Miki? :)), ośmiornica, multi-multi-nożny krab, i wreszcie raja! Ale jaka? - dyskusje trwają. Wg Mel był to Stingray (ale wg nas było to dużo większe niż największy Sting), według nas któraś z odmian Eagle ray. Zresztą nieważna co to było, jak tylko się ta raja poruszyła, to ja natychmiast oddaliłem się w przeciwną stronę. Dla tych, którzy nie mogą sobie wyobrazić, jak toto wygląda, foto Stingray'a:


(źródło: http://en.wikipedia.org/wiki/File:Dasyatis_americana_bonaire.jpg) Zdjęcie z internetu, bowiem nie mieliśmy jeszcze kamery, testowaliśmy na razie obudowy na wodoszczelność.

Pod koniec nurkowania wyważaliśmy się i trymowaliśmy, ale to jeszcze nie ideał. Nurkowanie podniosło zdecydowanie poziom endorfin u wszystkich, a szczególnie u Lucy:


Jeszcze na tym wyjeździe nie poszliśmy wszyscy tak zgodnie spać :)

niedziela, 29 stycznia 2012

TUTUKAKA obok KUKUPA


W sobotę wieczorem dotarliśmy wreszcie do miejscowości Tutukaka. Jest to w zasadzie miejscowość przy sporej marinie, skąd wypływają łodzie z nurkami na Poor Knights Islands. Znaleźliśmy "naszą" łódź, o polsko brzmiącej nazwie "Mazurka", a tam Mel - żonę Jamiego, jedynego instruktora jaskiniowego w Nowej Zelandii i jednocześnie właściciela firmy Tech Dive NZ. Mel przekazała nam zamówione kilka tygodni wcześniej butle i balast. Możemy więc zacząć myśleć o nurkowaniu!
Zakotwiczyliśmy na campingu, rozbiliśmy nasz 3-osobowy namiot, który okazał się być 2-osobowym, stąd Miko wylądował najpierw w hamaku na płocie, a potem w bagażniku auta.
A rano... a rano nie mogliśmy wstać!! :)

WODOSPAD WHANGAREI (OTUIHAU)


Wczoraj (czyli w tutejszą sobotę) w drodze do Tutukaka zboczyliśmy nieco w bok (jakieś 100 metrów), żeby obejrzeć wodospad Whangarei. To co pierwsze rzuciło nam się w oczy, to mnóstwo młodych Maorysów a to zalegających na trawie, a to kąpiących się w niecce przed wodospadem, a to jeżdżących na deskorolkach, itp. itd. Ja osobiście takiego skupiska autochtonów nie widziałem w Nowej Zelandii nigdy. Niestety, obserwacjom towarzyszyły raczej smutne odczucia - widać było, że "coś jest nie tak" z ich sytuacją życiową. Niestety, Maorysi zostali zmarginalizowani przez białych, najczęściej można ich spotkać na stacji benzynowej, czy w supermarkecie.
Sam wodospad jest dość urokliwy, rzeka wypływająca z poziomu dolnego jeziorka znika w buszu. Magmowe skały tworzą przeróżne zaskakujące formy, np. idealnie sześciokątnych słupów. Miko próbował kręcić jakieś ujęcia mamrocząc pod nosem przekleństwa pod kątem "nieostrzącego" obiektywu, Luca zaległa gdzieś na trawie, jednym słowem - laba na całego.

sobota, 28 stycznia 2012

W końcu


Wyjeżdżamy z Auckland. Jedziemy pożyczyć butle do nurkowania i dalej już na północ - nurkować.

piątek, 27 stycznia 2012

Żar z nieba leje się


Jak widać pogoda dopisuje :) Nowa Zelandia pokazuje swoje prawdziwe oblicze.
Między innymi z tego powodu nie ruszyliśmy jeszcze dalej. Do tego jakiś problem z pożyczeniem butli nurkowych (Adam od rana marudzi).
Postanowiłem wykorzystać tą niespodziewaną okazję do nabrania sił :) Tak, przyznaję się, przeleciałem 17338 km żeby spać w ciągu dnia. Koło 15-tej naszego czasu, czyli u Was w środku nocy, zaczęły mnie męczyć wyrzuty sumienia. Ruszyłem więc upolować fotę na bloga.


Przydługie wystąpienie zakończę zdjęciem jedynych butów, które wziąłem ze sobą.


Są mokre i cuchną.

Technologia jutra



Człowiek się uczy całe życie. Miejscowi opracowali nowatorską technikę kontroli biletów.
Adam (oczywiście) trzyma rękę na pulsie i nie miałem szansy zobaczyć biletu jak płynęliśmy do centrum Auckland :) Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem w drodze powrotnej kapitana statku z magicznym przedmiotem w ręku. To był ręczny perforator do biletów!
Co więcej, to magiczne urządzenie ma wymienne końcówki, by przypadkiem nie popłynąć dwa razy w jedną stronę!
Pytanie tylko, czy na każdy dzień mają osobne wzorki? W razie co służę pomocą. Mamy w harcówce zestaw dla dzieci składający się z: żółwia, żyrafy, konia, psa i kota,

M.

Kiwiland - dzień drugi

Z Beachlands do Auckland najlepiej jest się dostać szybką łodzią, więc wczesnym rankiem, czyli koło południa :), jeszcze na 'jetlagu', stawiliśmy się na nabrzeżu w Pine Harbour, a 35 min później byliśmy już w samym centrum Auckland. W załapaniu pełnego kontaktu z rzeczywistością pomogła nam kawa...


... następnie wyruszyliśmy w poszukiwaniu ostatnich elementów sprzętu, tudzież gadżetów biwakowych, których nie dało się zabrać z Polski albo których po prostu zapomnieliśmy. Przy okazji dało się zaobserwować kilka wszelkiej maści kulturowych miksów i osobliwości.


Wyzwaniem okazało się zdobycie wody mineralnej, gdyż, jak się okazuje, Nowozelandczycy nauczyli się po prostu zarabiać dzięki niej na turystach. Woda mineralna kosztuje tutaj więcej niż inne płyny w butelkach, no może nie licząc napojów wyskokowych (średnio cena za litr wody to około 9 PLN!). Jednak nikt miejscowy jej nie kupuje, a tylko naiwni turyści. Jak twierdzi nasz gospodarz, woda w butelce nie różni się niczym od tej z kranu, a nawet ta druga często jest lepsza.

Gdy już ostatecznie pozbyliśmy się części budżetu wyprawowego, wybraliśmy się podziwiać widoki z 328-metrowej Sky Tower, wieży widokowo-radiowej.


Dla niektórych wycieczka ta została uwieńczona szybkim spotkaniem z betonem 230 metrów niżej... ale to nic... co nas nie zniszczy, to nas wzmocni ;-)


Z Auckland wyruszyliśmy w powrotną podróż do domu Philla w Beachlands, ponownie super szybką łodzią. Wszyscy pogrążeni w melancholijnych nastrojach, czemu sprzyjały zresztą jak zawsze niesamowite widoki.

czwartek, 26 stycznia 2012

Przeniesienie bloga

wcześniej nasz blog znajdował się pod adresem:
http://ciekiwiniedziwi.tumblr.com/

przenosiny zakończone...

komentarze i inne takie też są przepisane ale niestety bez funkcjonalności

Co do dat itd to podajemy datę i czas lokalny

W krainie Kiwi - dzień pierwszy

Po 11 godzinach lotu, podczas którego staraliśmy się oszukać zmianę kolejnych stref czasowych śpiąc cały czas, dotarliśmy do celu naszej wyprawy - Nowej Zelandii. Tutaj także powitała nas słoneczna pogoda, której towarzyszy bardzo wysoka jak dla nas na tę chwilę temperatura - około 25 st. C. Ale jak to zwykle w NZ bywa, troszkę wieje - a jak wieje, to i chłodzi!
Na terminalu pustki, ale i tak pasażerowie naszego jumbo utworzyli długą kolejkę w hali odpraw, swoje trzeba było odstać. Sama odprawa poszła bez problemu, dopiero na tzw. biosecurity dość miły Hindus wziął w obroty Mikołaja - skończyło się na konfiskacie miodu, jednego z prezentów dla Phill’a :/ I tak dobrze, że nie zapłacił 400NZ$ kary, grożącej przemytnikom jedzenia. O dziwo, resztki maminego murzynka nie wzbudziły protestu i będzie można się nim jeszcze podelektować.
Phill jak zwykle niezawodny - odebrał nas z lotniska, zawiózł do wypożyczalni samochodów (z której wyjechaliśmy Toyotą Gracia [czytaj: Camry]) i wreszcie pilotował aż do swojego domu, gdzie spędzimy najbliższe dwa dni. BTW: przerzucenie się na jazdę lewą stroną drogi przychodzi jakby łatwiej, niż ostatnim razem.

Na miejscu czekała nasza przesyłka ze sprzętem nurkowym, w nieco opłakanym stanie, ale na szczęście z zawartością nic złego się nie stało. Luca będzie spać w niegdyś moim pokoju na górze, a ja (AW) z Mikołajem zajęliśmy salon na dole. Jest cicho, ciepło, miło i przyjemnie :)
Przekazaliśmy Phillowi butelkę wina, którą specjalnie na tę okazję kupiłem we Francji na początku stycznia. Nie ma co, popodróżowała sobie ze mną :) Do tego, poczyniwszy najpierw pierwsze zakupy w supermarkecie w Beachlands (“Jesteście Państwo z Polski?! Tak myślałałam! Byłam w Warszawie tuż przed upadkiem komunizmu!) upichciliśmy małe co nieco, żeby jakoś odwdzięczyć się gospodarzowi za pomoc, jakiej nam udziela.


Po obiedzie Luca i Mikołaj, którzy rzekomo już się “zaadaptowali bez najmniejszego problemu do nowej strefy czasowej” (- Jesteście pewni? - Taaaak, jest spoko!) padli jak muchy i cały czas śpią :) Obowiązki kronikarskie spoczęły więc na mnie, “niezaadoptowanym”. Poczekam do jutra, aż się towarzystwo obudzi, pewnie za jakieś 20 godzin…
Co do pierwszych spostrzeżeń - Nowa Zelandia nie stoi w miejscu, woda w oceanie jakby bardziej turkusowa, zieleń zieleńsza, ludzie jeszcze milsi, nowe odcinki autostrad i obwodnicy w mieście oddane… Natomiast atmosfera lekkiej ‘wakacyjnej’ flegmy pozostała, i to jest to, czego nam w najbliższym czasie najbardziej potrzeba.
AW  //  25.01.2012  // 23:25 czasu lokalnego, czyli 11:25 czasu polskiego

Opublikowano we wcześniejszym blogu 25 stycznia 2012


Komentarze:

mares:  MIKO NIE NAUCZYŁEŚ SIĘ PO JAMBO, ŻE NIE WOLNO SPAĆ NA SŁOŃCU?

Guten: dziękuję autorom za uwzględnienie moich nachalnych mejlowo-smsowych próśb o uruchomienie komentarzy.
a.

Po ile ta kawa? m.

Opublikowano we wcześniejszym blogu 24 stycznia 2012


Komentarze:

kawu: po 26zł!!! według średniego kursu NBP :P chyba że nie jesteście już w Korei :D 
   AW: Ale jedna po 26 zł, czy cały rachunek 26 zł? :)
      kawu: 9000 koreańskich pieniążków to około 26zł :D

Adam wspomniał, że widzieliśmy Betkę na filmie wyświetlanym w samolocie. Powyżej zdjęcie na dowód. Kadr pochodzi z filmu National Geographic opowiadającym o Wyspie Wielkanocnej.
m.

Opublikowano we wcześniejszym blogu 24 stycznia 2012

CENZURA

UWAGA! W treść moich postów ingeruje cenzor Adam. Twierdzi, że jestem niepoprawny politycznie. Chodzi chyba o post pt. WTF?!? Obecnie opublikowany jest pod zmienionym tytułem. Nie dam się.
miko

Opublikowano we wcześniejszym blogu 24 stycznia 2012

Komentarze:

AW:
Otóż co do ciągu dalszego przygód Mikołaja ze stewardessą - pokręcił się chłopak przy niej, pokręcił, o picie poprosił, po czym... poszedł spać. Efektywność zatem zerowa.
Co do ciasta - proszę zwrócić uwagę, że podróżowaliśmy niejako "pod prąd" czasu. Ciasto zdawało się więc z każdą minutą lotu być coraz świeższe! Istniało nawet uzasadnione ryzyko, że do Nowej Zelandii dotrze już tylko w postaci składników, z których zostało upieczone!

th:
proszę o ciąg dalszy wątku ze stewardessą, w lepszym samopoczuciu, bez cenzury
oraz czy ciasto szybciej wysycha wraz ze zmianą strefy czasowej 

Niektórym latanie nie służy - jak widać na zdjęciu, Mikołajowi też nie bardzo. Choć w drugiej części naszej 10-godzinnej podróży poczuł się już dużo lepiej i podrywał intensywnie urodziwą stewardessę :)
A zatem zgodnie z planem opuściliśmy Pragę samolotem Korean Air, żeby po przesiadce w Incheon w Korei dostać się tymi samymi liniami do Auckland. Wbrew wcześniejszym ostrzeżeniom linie okazały się przyjazne, miejsca na nogi było wystarczająco, obsługa miła. Niestety, z Lucą nie dostaliśmy zamówionego wcześniej posiłku wegetariańskiego, co starano się nam zrekompensować owocami dostarczonym z first klasy :)  Zupa z wodorostów, ryż z pikantną pastą pieprzową i coś jeszcze (?) dopełniły całości.
W ramach rozrywki film z Wyspy Wielkanocnej z naszą klubożanką Betką w jednej z ról głównych. Tak to już jest, człowiek haruje całe życie, a inni robią międzynarodową karierę. Polecam w koreańskiej wersji językowej!
Lotnisko w Korei przywitało nas słońcem i bezchmurnym niebem. Ale pozory mylą - na zewnątrz -4 stopnie! Na transferze tradycyjne już w Azji kamery termowizyjne do wykrywania podejrzanych typów z wysoką gorączką, a zupełnie nietradycyjnie Internet całkowicie za free :) Nie to co w Europie, że o Okęciu nie wspomnę.Czekamy na jumbo do Auckland, tym razem już dość krótko.
AW  //  24.01.2012  // 15:41 czasu lokalnego, czyli 7:41 czasu polskiego

Opublikowano we wcześniejszym blogu 24 stycznia 2012